Piłkarze dzisiaj rano przenoszą się na Śląsk. Wieczorem w Chorzowie ostatni trening przed meczem, w którym zwycięstwo dałoby Polsce pierwszy awans do finałów Euro.
O godz. 15 przed hotel we Wronkach podjechało kilka taksówek, które zawiozły piłkarzy do Poznania. Niektórzy poszli do kina, inni na zakupy lub na kawę. Leo Beenhakker zarządził operację odświeżania umysłów i dał swoim piłkarzom wolne popołudnie.
Holender ciągle powtarza, że jedyne, czego może się obawiać w sobotni wieczór, to nadmierna motywacja. Gra się nogami i sercem, ale wygrywa głową, dlatego kadrowicze muszą od czasu do czasu zapomnieć o presji.Oczekiwania wobec piłkarzy są ogromne. Niektórzy z nich, ci mniej doświadczeni, kiedy we wtorek do Wronek przyjechali dziennikarze nie tylko z Polski, ale także z Holandii, Belgii i Anglii, odpowiadali na pytania łamiącym się głosem.
Beenhakker przekonuje, że ma zaufanie do swoich zawodników i wierzy w to, iż poradzą sobie z presją, jednak przyznaje, że jego drużyna zawiodła w pierwszej połowie meczu z Kazachstanem właśnie z powodu chęci rozstrzygnięcia meczu tuż po pierwszym gwizdku. A skoro ciśnienie u większości zawodników było zbyt wysokie przed spotkaniem z rywalem, który jeszcze nigdy nie sprawił niespodzianki na wyjeździe, jaka presja musi im towarzyszyć przed spotkaniem z Belgią?
– Plan jest prosty: moi piłkarze muszą grać, a nie myśleć o tym, co w przypadku zwycięstwa stanie się po końcowym gwizdku. Wiemy, że na trybunach będzie szaleństwo, jednak najpierw musimy wygrać. Styl nie będzie się dla mnie liczył – mówi Beenhakker.