Remis wystarczał Portugalii do awansu, ale utrzymywanie się takiego wyniku do ostatniej minuty meczu było dla gospodarzy bardzo niebezpieczne. W każdej chwili groziła katastrofa.
Piłkarze trenera Luiza Felipe Scolariego, który po dwumeczowej dyskwalifikacji za uderzenie serbskiego piłkarza Ivicy Dragutinovicia powrócił na ławkę drużyny, próbowali wcześniej zapewnić sobie spokój. Bezskutecznie. W 19. minucie piłka znalazła się nawet w fińskiej bramce po strzale głową urodzonego w Brazylii obrońcy Pepe, debiutującego w reprezentacji po otrzymaniu portugalskiego obywatelstwa, ale sędzia odgwizdał faul na Jussim Jaaskelainenie i nie uznał gola.
Fiński bramkarz albo bronił groźne strzały (Cristiano Ronaldo, Ricardo Quaresmy i Maniche, a), albo mijały one słupki i poprzeczkę. Finowie bardzo dobrze zaprezentowali się w tym deszczowym spotkaniu w Porto. Ich czołowy napastnik Jarri Litmanen, rozgrywający 110. spotkanie w reprezentacji, został zmieniony w 67. minucie przez Mikę Vayraminenena, ale koledzy z drużyny, im bliżej końca, tym bardziej zagrażali rywalom. W 87. minucie, w okresie naporu gości, portugalski obrońca Bruno Alves omal nie strzelił samobójczej bramki. Chwilę później uderzenie Mikaela Forssella, które mogło dać sensacyjne zwycięstwo i awans Finlandii, było niecelne.
Angielskiemu trenerowi Royowi Hodgsonowi nie udało się wprowadzić reprezentacji Finlandii na piłkarskie salony, jak uczynił to z drużyną Szwajcarii, z którą w 1994 roku na mundialu w USA odpadł dopiero w 1/8 finału, a potem awansował jeszcze na Euro 1996.
Może się pocieszać, że Finowie, którzy w 14. meczach w grupie A stracili tylko siedem bramek, grają tak, że ich rywale, aktualni wicemistrzowie Europy i czwarta drużyna świata, drżą o wynik do końcowych minut spotkania rozgrywanego na własnym stadionie.