To ostatnie zwycięstwo to półfinałowy baraż z Albanią (2:1). Do tego czasu Jan Urban miał bilans niemal nieskazitelny: brak porażki w pierwszych siedmiu spotkaniach klasyfikował go w gronie najskuteczniejszych selekcjonerów reprezentacji Polski.
Powiało optymizmem, ale ten stan nie trwał długo, bo kilka dni później jego drużyna poległa w kluczowym starciu ze Szwecją. Choć rozegrała jeden z najlepszych meczów w ostatnich latach, to jednak pozwalała rywalom na zbyt wiele w obronie, przegrała 2:3 i mundial obejrzała w telewizji.
Szwecja – Polska. Nie wyciągnęliśmy wniosków
Parę dni temu, po spotkaniu z Bośnią i Hercegowiną (0:0) w Warszawie, chwaliliśmy zespół Urbana, że przynajmniej zachował czyste konto, co nie zdarzało się często. Selekcjoner postanowił wrócić jednak do ustawienia z trójką obrońców i w Sztokholmie znów oglądaliśmy wyjątkową nieporadność naszych piłkarzy w defensywie.
Czytaj więcej
Po pierwszej połowie spotkania ze Szwecją (1:3) można by wystawić Polakom czwórkę. Po całym meczu – ocenę niedostateczną.
– Trudno o dobry wynik, jeśli tak łatwo tracimy bramki – nie ukrywał Urban po kolejnej porażce ze Szwecją (1:3). – Nie przyjechaliśmy tu z lepszym zespołem, niż mieliśmy w marcu. Przegraliśmy z bardzo dobrą drużyną, ale nie byliśmy zepchnięci do defensywy i bezradni.
To właśnie boli najbardziej. Polacy po stracie gola potrafili się podnieść i zaatakować. Szturmowali pole karne gospodarzy, ich gra mogła się podobać, choć brakowało wykończenia akcji. Jeszcze przed przerwą zdołali wyrównać, ale nie poszli za ciosem i w drugiej połowie wyglądali jak statyści. Efekt: zamiast pozbywania się szwedzkiego kompleksu (nie wygraliśmy tam od blisko stu lat), jest jeszcze większa trauma.
– Popełniliśmy te same błędy, co w marcowym barażu. Sam dałem się nawinąć przy drugiej bramce, która okazała się kluczowa w kontekście wyniku. Myślałem, że rywal będzie dośrodkowywał, ale wybrał inną opcję i pozwoliłem się oszukać. Mieliśmy momenty dobrej gry, jednak drugi gol sprawił, że trudno było nam wrócić – przyznał Sebastian Szymański, który jako jeden z nielicznych zasłużył na wyższą notę, bo przynajmniej zdobył bramkę. Nawet jednak on nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego po przerwie reprezentacja przestała grać w piłkę.
– Albo źle wchodzimy w pierwszą połowę, albo w drugą. Nie wiem, z czego to wynika. Musimy brać większą odpowiedzialność za stałe fragmenty gry. Na początku meczu mieliśmy z tym problemy – dodał Szymański.
Kto uzdrowi reprezentację Polski?
Na głowę selekcjonera spadła fala krytyki. Trzeba jednak pamiętać, w jakich okolicznościach przejmował tę drużynę: w środku eliminacji mistrzostw świata, rozbitą i skłóconą po porażce z Finlandią w Helsinkach (1:2), bez Roberta Lewandowskiego, który pozbawiony kapitańskiej opaski zapowiedział, że u Michała Probierza więcej nie zagra.
Czytaj więcej
Pół roku po przegranym barażu o mundial piłkarze reprezentacji Polski wrócili do Sztokholmu i znów ponieśli porażkę ze Szwedami (1:3). To już piąty...
Urban musiał szybko gasić pożary i długo w tej roli strażaka się sprawdzał. Wszystko zmienił marcowy baraż ze Szwecją. Entuzjazm ustąpił miejsca krytyce, ale nawet wtedy nikt nie przypuszczał, że będzie to początek czarnej serii. O ile czerwcowe mecze towarzyskie z Ukrainą (0:2) i Nigerią (2:2) zepsuły co najwyżej humory, to już ledwie wywalczony punkt w Lidze Narodów musi budzić niepokój.
Atmosfera wokół kadry robi się znów gęsta. Nie pomagają plotki o tym, że Urban traci zaufanie prezesa PZPN Cezarego Kuleszy. Pojawiły się jeszcze przed zgrupowaniem, co na pewno nie ułatwia pracy. Tym bardziej, że selekcjoner nie pierwszy raz musiał odpowiadać na pytania o swoją przyszłość. – Nie myślę o rezygnacji. Wiem, że chcielibyśmy wszyscy zdecydowanie więcej. Ja też – zaznaczył po spotkaniu ze Szwecją.
Kulesza pożegnał już czterech selekcjonerów (Paulo Sousę, Czesława Michniewicza, Fernando Santosa, Michała Probierza), ale chyba nawet on nie jest takim samobójcą, by podejmować istotne decyzje w środku okna reprezentacyjnego, przed dwoma kolejnymi meczami. Jeśli jednak Polacy nie wygrają ani z Rumunią (2 października w Warszawie), ani z Bośnią (trzy dni później w Zenicy), nie można wykluczyć gwałtownych ruchów.
Czytaj więcej
Coś mi mówiło, że tak może być. Po mundialu bez Polaków, porażce z Ukrainą i remisie z Nigerią w towarzyskich meczach wśród kibiców zmalało nieco z...
Tylko kto miałby uzdrowić tę kadrę? Jerzy Brzęczek, który został zwolniony jeszcze przez Zbigniewa Bońka mimo awansu na Euro 2020, a teraz osiąga świetne wyniki z młodzieżówką, czy Maciej Skorża, którego nazwisko pojawia się za każdym razem, gdy zwalnia się posada selekcjonera, czyli średnio co roku? A może znów jakiś fachowiec z zagranicy, który będzie potrzebował czasu na poznanie polskich piłkarzy i niekoniecznie chętnie zaglądał na stadiony Ekstraklasy?
Złośliwi żartują, że do wzięcia jest Pep Guardiola, który po dziesięciu latach odszedł z Manchesteru City i odrzucił propozycję prowadzenia holenderskiej kadry. Kiedyś łapał się za głowę, gdy Lewandowski strzelał Wolfsburgowi pięć goli w dziewięć minut. Teraz mógłby zareagować podobnie, gdyby zobaczył dziury w obronie polskiej reprezentacji.
Przykład Juergena Kloppa, który przejął niemiecką kadrę, pokazuje najdobitniej, że nawet najlepszy trener nie odmieni z dnia na dzień gry i wyników, jeśli nie pomogą mu w tym piłkarze. A wybór Klopp ma nieporównywalnie bogatszy niż Urban.