Korespondencja z Żyliny
Ze sportowego punktu widzenia GKS na starcie pucharowych kwalifikacji mógł wylosować znacznie lepiej, ale z logistycznego trafił idealnie. Katowice od Żyliny dzieli raptem 150 kilometrów, co pozwoliło przyjechać za drużyną około 2 tys. sympatyków.
Już przed spotkaniem było jasne, że jeśli idzie o doping, zdominują trybuny, bo ultrasi miejscowych od lat bojkotują mecze u siebie. Faktycznie tak się stało. Gdy tuż przed pierwszym gwizdkiem „żółta ściana” za południową bramką ryknęła na całe gardło, echo jeszcze długo niosło się po okolicznych górach.
MSK Żylina – GKS Katowice 2:1. Dobry początek nie wystarczył
GKS niesiony dopingiem rozpoczął znakomicie. Od razu podszedł do gospodarzy wysokim pressingiem i już w szóstej minucie mógł cieszyć się z objęcia prowadzenia. Z rzutu rożnego mocną piłkę posłał Bartosz Nowak, a w polu bramkowym najwyżej wyskoczył Lukas Klemenz i było 1:0 dla GKS.
Niestety po objęciu prowadzenia Katowiczanie cofnęli się i oddali inicjatywę miejscowym. Pierwsze ostrzeżenie przyszło po kwadransie. Po tym, jak poślizgnął się Arkadiusz Jędrych, w sytuacji sam na sam z Gabrielem Kobylakiem, debiutującym w bramce Gieksy, znalazł się Krisztian Bari, ale bramkarz kapitalnie wybronił jego strzał. Po kolejnym kwadransie był też blisko obrony karnego, ale Miroslav Kacer strzelił tak precyzyjnie, że piłka odbiła się od słupka i wpadła do siatki.
Jedenastka dla gospodarzy była efektem sekwencji indywidualnych błędów i faulu Alana Czerwińskiego. – Musiałem zobaczyć kilka powtórek, bo nie byłem przekonany, ale jednak minimalne nadepnięcie było – oceniał w przerwie ekspert TVP Kazimierz Węgrzyn.
Do przerwy utrzymał się remis, ale już w trzeciej minucie po powrocie na boisko gospodarze prowadzili. Po wyjściu z szatni od razu rzucili się na GKS. Frantisek Kosa uderzył sprzed szesnastki. Kobylak odbił piłkę, ale wobec dobitki Timoteja Hranicy był bez szans. Po godzinie gry Rafał Górak zareagował trzema zmianami, które pozwoliły opanować sytuację.
GKS szukał szans na wyrównanie, parł do przodu, ale specjalnie dogodnych sytuacji nie tworzył. Ostatecznie musi być zadowolony, że po jednej z kontr w samej końcówce nie stracił jeszcze jednej bramki. Minimalną przegraną 1:2 z pewnością podopieczni Góraka są jednak w stanie odrobić w rewanżowym spotkaniu za tydzień u siebie.