– Grałem przeciwko prawie wszystkim, z wyjątkiem nich. To będzie coś wyjątkowego stawić czoło potężnej Anglii, tym bardziej, że to już półfinał – nie krył przed meczem ekscytacji nawet Leo Messi.
Kapitan Argentyńczyków nie miał okazji zmierzyć się z Anglikami, bo przez ponad dwie dekady obie potęgi unikały siebie w wielkich turniejach, a żadna ze stron nie dążyła do towarzyskiej konfrontacji.
Anglia – Argentyna. Piłkarskie igrzyska śmierci
Wcześniej przez pół wieku tej rywalizacji wydarzyło się zbyt wiele, by starcie Anglii z Argentyną uznawać za zwykły mecz. Wojna o Falklandy, boska ręka Diego Maradony, czerwona kartka Davida Beckhama (w środę siedział w loży VIP razem z żoną Victorią)… Trenerzy i piłkarze mogli przekonywać, że piszą nowy rozdział, a przeszłość nie ma żadnego znaczenia, ale już podczas odgrywania hymnów w powietrzu unosił się duch walki. Gwizdy i buczenie z trybun sprawiały, że ciężko było cokolwiek usłyszeć, jedni kibice zagłuszali drugich, a potem już na boisku ruszyła bitwa na całego.
Nikt nie odstawiał nogi, w ruch szły łokcie, a selekcjoner Anglii Thomas Tuchel wściekał się, że pochodzący z Maroka amerykański sędzia Ismail Elfath nie sięga po kartki. Pierwszą pokazał dopiero po blisko 40 minutach gry, kiedy czterech Anglików próbowało odebrać piłkę Messiemu, aż w końcu na ziemię powalił go Elliot Anderson.
– Znajdziemy sposób, aby zatrzymać Messiego. Nie zamierzamy budować mu tronu – przekonywał Tuchel.
Czytaj więcej
Hiszpanie mają patent na Francuzów. W półfinale mistrzostw świata w Dallas zagrali bezbłędnie, zwyciężyli 2:0 i w niedzielę powalczą w Nowym Jorku...
Niemal dokładnie 30 lat temu w Atlancie rozpoczęły się igrzyska olimpijskie. W środę byliśmy świadkami piłkarskich igrzysk śmierci. Nikt nie chciał przegrać, trzeszczały kości, a sytuacji bramkowych przez długi czas było jak na lekarstwo.
Trener Argentyńczyków Lionel Scaloni mówił o sztuce cierpienia. Mistrzowie świata znad przepaści uciekali w każdej rundzie pucharowej. Potrzebowali dogrywki, by wyeliminować debiutujące na mundialu Wyspy Zielonego Przylądka oraz Szwajcarię, a w meczu z Egiptem przegrywali już 0:2. Mierzyli się też z zarzutami, że faworyzują ich sędziowie.
Półfinał mundialu. Anglia prowadziła, Argentyna grała do końca
Anglikom w spotkaniu z Norwegią pomógł kabel, a wcześniej o mało nie zaskoczyła ich Demokratyczna Republika Konga. Teraz nie chcieli zostawić niczego przypadkowi. To oni otworzyli wynik w 55. minucie. W pole karne dośrodkował Morgan Rogers, a z bliska trafił nowy piłkarz Barcelony Anthony Gordon, którego nie upilnowała obrona mistrzów świata.
Argentyńczycy musieli ruszyć do ataku. Historia była po ich stronie. Gdy docierali już do półfinału mundialu, to nigdy nie ponieśli porażki. Ale Anglicy chcieli zepsuć im tę passę. Oni do finału awansowali tylko raz – 60 lat temu, u siebie, kiedy zdobyli jedyne mistrzostwo. Byli bardzo blisko, do szczęścia zabrakło im ledwie kilka minut.
Jordan Pickford uwijał się w bramce, bronił, co mógł, ale kiedy na uderzenie z dystansu, po podaniu Messiego, zdecydował się Enzo Fernandez, był już bezradny. Anglia opadała coraz bardziej z sił, a Argentyna nabierała rozpędu i w doliczonym czasie zadała nokautujący cios. Alexis MacAllister trafił jeszcze w słupek, ale chwilę później Messi dośrodkował, a Lautaro Martinez strzałem głową pokonał Pickforda i wysłał mistrzów świata do finału.
Argentyńczycy udowodnili, że nigdy się nie poddają i zostali nagrodzeni za walkę do końca. W niedzielę zmierzą się z Hiszpanią. Szykuje się piłkarska uczta. Messi spotka się z Lamine Yamalem, którego sam namaścił na nowego króla futbolu.
Anglicy zmarnowali szansę, swoimi decyzjami nie pomógł Tuchel. Na otarcie łez pozostał im mecz o trzecie miejsce. W sobotę zagrają z Francuzami, ale jedni i drudzy woleliby już chyba nie wychodzić na murawę, spakować walizki i wrócić do domu.
Finał w niedzielę o 21.00, mecz o trzecie miejsce dzień wcześniej o 23.00. Transmisje w TVP 1 i TVP Sport