Z ziemi obcej do Polski, czyli kto nas uczył futbolu?

Wśród zagranicznych trenerów, którzy pracowali z biało-czerwonymi, nie brakowało ciekawych i oryginalnych postaci. Szkoleniowcy spoza naszego kraju towarzyszyli już od zarania dziejów naszej drużyny narodowej.

Publikacja: 28.01.2021 20:28

Portugalczyk Paulo Sousa nie jest pierwszym obcokrajowcem, który będzie pracował z reprezentacją Polski. Wprawdzie na oficjalnej liście selekcjonerów przed nim pojawiło się tylko jedno nazwisko, Leo Beenhakkera, który naszą drużynę narodową szkolił w latach 2006-07, to dużo wcześniej z biało-czerwonymi pracowało wielu trenerów z zagranicy. Nie pełnili oni jednak funkcji selekcjonerów czy też kapitanów związkowych.

Charakter tej współpracy był różny i właśnie temu zamierzamy się bliżej przyjrzeć, bo zestaw innej niż polska myśli szkoleniowej jest bardzo interesujący. Dość powiedzieć, że już przed pierwszym meczem w historii reprezentacji Polski, którego 100. rocznicę obchodzić będziemy w grudniu tego roku, w przygotowaniach uczestniczył węgierski szkoleniowiec.

Nim jednak Imre Pozsonyi przyjechał do naszego kraju, pierwszym człowiekiem, któremu powierzono prowadzenie drużyny narodowej był Anglik.

Wrócił na Agrykolę

O życiu i trenerskich wyczynach George’a Burforda wiadomo niewiele. Do naszego kraju przyjechał na wiosnę 1920 roku i wtedy powierzono mu ważną misję. Miał przygotować biało-czerwonych do występu w igrzyskach olimpijskich w Antwerpii. Rozlosowano już nawet pary pierwszej rundy rywalizacji w turnieju i nasza drużyna miała się zmierzyć z gospodarzami, czyli Belgami.

Mecz miał zostać rozegrany pierwszego dnia igrzysk, 28 sierpnia, ale 12 lipca Komitet Udziału Polski w Igrzyskach Olimpijskich podjął decyzję o rezygnacji ze startu całej polskiej ekipy, nie tylko piłkarzy, w antwerpskich zawodach. Przyczyną była zbliżająca się do Warszawy bolszewicka nawała. Burford zatem nie poprowadził naszej drużyny w żadnym, nawet nieoficjalnym spotkaniu. Wiadomo, że w 1921 roku został pierwszym trenerem Polonii Warszawa, ale z „Czarnymi koszulami” nie pracował zbyt długo.

Kiedy dokładnie wyjechał z Polski? Nie wiadomo. Po raz kolejny na nazwisko George’a Burforda można się natknąć przy okazji igrzysk olimpijskich, które w 1924 roku odbyły się w Paryżu. Anglik był wówczas trenerem reprezentacji USA. Za oceanem pracował też, można powiedzieć, że jako wuefista, w szkołach w Pensylwanii i Massachusetts.

Prowadzony przez niego zespół w pierwszej rundzie turnieju olimpijskiego pokonał Estonię 2:0, ale w drugiej trafił na Urugwaj, czyli drużynę, która następnie zdobyła złoto. Co ciekawe, tuż przed paryskimi igrzyskami Amerykanie pod wodzą Burforda zagrali mecz na warszawskiej Agrykoli z reprezentacją Polski!

Wygrali 3:2, a kapitanem naszego zespołu był niedoszły podopieczny opiekuna USA w naszej reprezentacji, Wacław Kuchar. Cztery lata później na IO w Amsterdamie George Burford ponownie opiekował się amerykańskimi piłkarzami.

Tym razem jego drużynie poszło znacznie gorzej. W pierwszej rundzie trafili na Argentyńczyków, późniejszych wicemistrzów olimpijskich, i przegrali… 2:11. Przed tym turniejem, również na Agrykoli, Burford kolejny raz prowadził Amerykanów w meczu z naszym zespołem. Skończyło się 3:3.

Taktykę rysował… piwem

Na wiosną 1921 roku do Krakowa przyjechał Imre Pozsonyi, który okazał się postacią nietuzinkową i można stwierdzić, że był pierwszym profesjonalnym trenerem w dziejach polskiego futbolu. Najpierw objął Cracovię i wygrał z nią pierwszą edycję mistrzostw Polski.

Jednym z jego podopiecznych była legenda krakowskiego i warszawskiego futbolu, Stanisław Mielech, który w słynnej książce „Gole, faule, ofsajdy” pisał o Węgrze tak: „Drugim trenerem piłkarskim, którego uważa się za współtwórcę „szkoły krakowskiej”, był Imre Pozsonyi.

W roku 1921 doprowadził on drużynę Cracovii do zdobycia mistrzostwa Polski w rekordowej formie, bo bez jednej porażki. Pozsonyi położył nacisk na kondycję fizyczną i na taktykę. Mówiono, że „Cracovię postawił na kółkach”, bo kazał nam biegać wkoło boiska. Piłki sam nie kopał.

Wyszperaliśmy jednak, że grał w reprezentacji Węgier na pozycji środkowego pomocnika i to uratowało jego opinię w naszych oczach. Był znakomitym gimnastykiem i teoretykiem, znawcą stylu szkockiego, którego zawiłość umiał bardzo przystępnie tłumaczyć.

Robił to nie na boisku, lecz w kawiarni Bizanca. Maczając palce w piwie wykreślał nam na blacie stolika pozycje zawodników i wyjaśniał, jak w danej pozycji należy zagrać, jak się ustawić, jak uwolnić od przeciwnika itp. Była to wspaniała szkoła taktyki”. Trzeba przyznać, że węgierski szkoleniowiec metody miał dosyć oryginalne, a przy tym bardzo skuteczne.

Nic zatem w tym dziwnego, że kapitan Józef Szkolnikowski, przewodniczący Wydziału Gier PZPN, a faktycznie pierwszy selekcjoner reprezentacji Polski, skorzystał z jego pomocy w przygotowaniach naszej drużyny narodowej do pierwszego oficjalnego meczu. Było z nim trochę zamieszania, ale ostatecznie 13 zawodników, trener Pozsonyi, prezes związku Edward Cetnarowski i kilka osób towarzyszących – w grudniu 1921 roku – udało się pociągiem do Budapesztu na mecz z Węgrami.

Skład, po dwóch wcześniejszych grach wewnętrznych, ustalił Szkolnikowski, ale jego z drużyną na meczu nie było. Był za to Imre Pozsonyi, który poprowadził zespół w przegranym 0:1 spotkaniu.

Nie umarł „w nędzy i zapomnieniu”

Późniejsze losy węgierskiego szkoleniowca nie wiążą się już z reprezentacją Polski. Cracovię prowadził do lutego 1923 roku, a niezwykle interesującą częścią jego biografii jest to, że z Polski wyjechał do Katalonii i pracował, również jako pierwszy trener z Barceloną! Był również opiekunem Gradanskiego Zagrzeb (późniejszego Dinama) i wygrał z nim mistrzostwo Jugosławii.

Wicemistrzostwo Węgier zdobył z kolei z Ujpestem Budapeszt. Później wyjechał do Meksyku (mistrzostwo kraju z Real Club Espana) i USA. Przez wiele lat podawano, że Imre Pozsonyi zmarł „w biedzie i zapomnieniu” w jakimś przytułku w Nowym Jorku w 1932 roku.

Otóż całkiem niedawno okazało się, że wcale tak nie było. Pozsonyi wrócił – w 1932 roku właśnie – do Budapesztu, przy okazji 30. rocznicy meczu Węgry – Austria, w którym w 1902 roku wystąpił. Był to zresztą jego jedyny mecz w drużynie narodowej. Zmarł w 1963 roku i został pochowany na budapesztańskim cmentarzu Farkasreti. To miejsce spoczynku wielu znamienitych Węgrów.

Kolejnym Madziarem, który przyjechał pracować do Polski, był Gyula Biro. O ile Pozsonyi nie miał za sobą zbyt bogatej kariery piłkarskiej, o tyle jego rodak już tak. W reprezentacji Węgier (36 razy) grywał najczęściej jako pomocnik, a przed przyjazdem do Polski parał się trenerką w Niemczech.

W 1922 roku zawitał do Krakowa i trenował żydowski klub Makkabi. Na krótko wrócił na Węgry, by w wiosną 1924 roku wrócić do naszego kraju. Z kapitanem związkowym Adamem Obrubańskim przygotowywał drużynę do IO w Paryżu. Duet ten spisał się nie najlepiej, bo Polacy przegrali towarzysko ze Szwecją 1:5, a już na turnieju 0:5 z Węgrami. Biro trenował później m.in. 1. FC Saarbruecken, a w latach 30. wyjechał do Ameryki Łacińskiej. Zmarł w 1961 roku w Meksyku.

Nie oddał garnituru

Kolejni Węgrzy w Polsce, by pracować z naszym zespołem narodowym, pojawili się w latach 50. Nic w tym dziwnego, bo reprezentacja tego kraju była wówczas uznawana za najlepszą na świecie. Historię „Złotej jedenastki” Gustava Sebesa, o której sile stanowili przede wszystkim Ferenc Puskas, Sandor Kocsis, Gyula Grocsis, Zoltan Czibor czy Nandor Hidegkuti (w 1972 roku był krótko trenerem Stali Rzeszów) znają wszyscy.

W 1950 roku do meczu z Czechosłowacją nasz zespół przygotowywał Istvan Szeder-Seid, który był ciężko zdziwiony… amatorką panującą w Polsce. Zwracał uwagę na rzeczy, o których nasi ówcześni trenerzy nie mieli pojęcia, jak np. ubiór, masaż po meczu czy też… kąpiel. Jego współpracownicy byli zdania, że Madziar po prostu wydziwia.

Na pewno nie pomogło mu to, że wspomniany mecz, w obecności 55 tysięcy widzów na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie, Polacy przegrali 1:4. Mogło być lepiej, ale „Messu” Gracz nie strzelił karnego i więcej Szedera-Seid nad Wisłą nie oglądano.

Dwa lata później, by przygotować reprezentację do występu na IO w Helsinkach, do Polski zawitał Tivadar Kiraly, który znany był ze współpracy z legendarnym Sebesem. Jego praca z reprezentacją zakończyła się tym, że podobno kazano mu… zwrócić garnitur, jak zresztą wszystkim członkom ekipy, po nieudanym występie i porażce z Danią w turnieju olimpijskim.

Kiraly tego nie zrobił, a resztę olimpijskiej rywalizacji spędził z rodakami, którzy zdobyli zresztą złoty medal. Łącznie współpracował z kapitanem związkowym, Ryszardem Koncewiczem, przy okazji dwóch meczów towarzyskich, przegranych 0:1 z Bułgarią – mecz na stadionie przy Łazienkowskiej oglądał premier PRL, Józef Cyrankiewicz – i 1:5 z… Węgrami. Następnie, już na helsińskich igrzyskach, towarzyszył Michałowi Matyasowi.

Trzecim i ostatnim Węgrem, który w latach 50. pracował z reprezentacją Polski był Andor Hajdu. W 1954 roku, wraz z Edwardem (wcześniej Ewaldem) Cebulą, prowadził drużynę w towarzyskim starciu z Węgrami, a także w nieoficjalnym meczu ze Związkiem Radzieckim w Moskwie. Na Łużnikach wygraliśmy 2:0. Do siatki trafiali Gerard Cieślik i Lucjan Brychczy, a Ryszard Wyrobek obronił rzut karny. Oficjalnie jednak nasz zespół nie mierzył się z reprezentacją ZSRR, ale z… drużyną Moskwy.

Tak brzmiało lepiej. Nie zmienia to jednak faktu, że w bramce rywala stał sam Lew Jaszyn. Węgierscy trenerzy odcisnęli piętno na historii polskiego futbolu. Pewnie pod koniec lat 60. naturalnym kandydatem do objęcia roli selekcjonera reprezentacji powinien być twórca wielkich sukcesów Górnika Zabrze, Geza Kalocsay, ale w tamtych latach tak to nie działało.

Czterokrotny mistrz Anglii

Niedługo potem, pod koniec 1970 roku, selekcjonerem reprezentacji Polski, został Kazimierz Górski, który często lubił powspominać czasy przedwojenne. W jednym ze swoich opowiadań nawiązał do Szkota Aleksa Jamesa, który latem 1939 roku spędził w Polsce 6 tygodni.

Biało-czerwoni nie rozegrali wówczas ani jednego meczu, ale wybrańcy kapitana związkowego Józefa Kałuży poczuli, co znaczy brytyjska szkoła. James, który podobno 160 cm mierzył dopiero butach, grał kiedyś całkiem dobrze dla Arsenalu i – uwaga – cztery razy jako piłkarz został mistrzem Anglii! Pokazał on naszym kadrowiczom, co znaczy przygotowanie fizyczne i nie ma wątpliwości, że ten krótki okres wpłynął na postawę naszego zespołu w legendarnym meczy z Węgrami, rozegranym trzy dni przed wybuchem II wojny światowej.

Wtedy jednak Jamesa już w Polsce nie było, bo wyjechał dwa tygodnie wcześniej. Co ciekawe, później uczestniczył w działaniach wojennych. Był artylerzystą, a po wojnie trenował młodzież w Arsenalu. Zmarł na raka w 1953 roku. W 2005 roku został wprowadzony do Galerii Sław zarówno angielskiego, jak i szkockiego futbolu. Był tym zagranicznym trenerem pracującym z polskimi piłkarzami, który osiągnął największe sukcesy jako piłkarz. Do czasu, aż Polski Związek Piłki Nożnej nie zdecydował się na zatrudnienie… Paulo Sousy.

Zaginął pod Stalingradem

Z naszą narodową drużyną pracowali Anglicy i Węgrzy, a w latach 1935-36 polskich piłkarzy trenował Niemiec. Kurt Otto pochodził z Essen, zaś trenerskie rzemiosło szlifował m.in. u boku legendarnego Seppa Herbergera, który w 1954 roku doprowadził reprezentację RFN do mistrzostwa świata.

Otto pracował też w Schalke 04 Gelsenkirchen i w 1933 roku doprowadził ten zespół do finału rozgrywek o mistrzostwo Niemiec, na długo zanim powstała Bundesliga. Przegrał go z Fortuną Duesseldorf i stracił pracę, a Schalke w następnych latach niemal zdominowało rozgrywki. Do Polski niemiecki szkoleniowiec przywiózł nowe metody i śmiało można stwierdzić, że miał „dobrą prasę”. Już po jego zwolnieniu „Przegląd Sportowy” pisał, że „uniezależnił drużynę od kaprysów chwilowych primadonn”.

Łącznie Otto współpracował z kapitanem związkowym Józefem Kałużą przy okazji 13 spotkań reprezentacji Polski, a najważniejszym momentem był występ na IO w Berlinie, gdzie nasi piłkarze otarli się o medal. Z Ernestem Wilimowskim w składzie, który na igrzyska nie pojechał, pewnie by go zdobyli.

Kurt Otto prowadził również w Polsce zajęcia doszkalające krajowych trenerów, a z reprezentacją pożegnał się po meczu z Danią w Kopenhadze. Wcześniej m.in. dwukrotnie był przy zespole, który mierzył się z Niemcami. Jedno z tych spotkań zremisowaliśmy 1:1. Do 2011 roku był to jedyny mecz z tym rywalem, rozegrany w Polsce, którego nie przegraliśmy.

Po wybuchu II wojny światowej Otto trafił do artylerii, a następnie do Legnitz (Legnicy) i trenował tam drużynę Wehrmachtu, WSV. W lutym 1941 roku został z kolei trenerem drużyny Górnego Śląska, która uczestniczyła w rozgrywkach Pucharu Reichsbundu. Nie wiadomo jednak czy to on prowadził zespół w meczu I rundy tych rozgrywek sezonu 1941/42. Drużyna pokonała wówczas 5:1 w Bismarckhuette, czyli w Hajdukach Wielkich, zespół Generalnego Gubernatorstwa.

W kolejnej fazie rywalizacji uległa 0:5 w Wiedniu drużynie Ostmark, czyli ekipie złożonej z Austriaków. Kurt Otto na front – ten najgorszy – bo wschodni trafił w połowie 1942 roku. Zaginął 29 grudnia 1942 roku pod Stalingradem i później przez niemiecki sąd został uznany za zmarłego. W 1938 roku wydał w Lipsku podręcznik piłkarski „Der Fußballsport. Uebung, Training, Wettkampf” (w dosłownym tłumaczeniu – Sport piłki nożnej. Ćwiczenia, trening, rywalizacja).

Ciężki, bretoński akcent

Szczypta francuskiej myśli szkoleniowej dotarła do Polski w 1959 roku. Jean Prouff, świetny przed wojną i tuż po niej pomocnik m.in. Stade Rennes i Stade de Reims, funkcję trenera reprezentacji Polski objął na nieco ponad rok. Co zapamiętano z pobytu Francuza? Głównie to, że… prawie z nikim nie potrafił się dogadać. Chodziło o kwestie czysto językowe, bo Prouff mówił tylko w ojczystym języku, a w dodatku z dość ciężkim, bretońskim akcentem.

Pod jego kierunkiem biało-czerwoni rozegrali 11 oficjalnych i 3 nieoficjalne mecze. Byli na igrzyskach olimpijskich w Rzymie, gdzie po pokonaniu Tunezji (5 goli Ernesta Pohla), przegrali z Argentyną oraz Danią, po czym wrócili do domu. To nie był udany występ naszej drużyny, ale Prouff został na stanowisku. Szybko jednak okazało się, że ciągnie go do ojczyzny, do której wrócił wraz z… reprezentacją Francji.

Pod koniec września 1960 roku „Trójkolorowi” rozgrywali mecz w Warszawie i w drogę powrotną zabrali Jeana Prouffa. Niedługo później został selekcjonerem reprezentacji… Gabonu. Mówiono o nim, że słynął z elegancji i był bardzo przystojnym mężczyzną. Podobno złamał serce niejednej warszawiance.

Czytaj jeszcze: Chcemy zdecydowanej poprawy gry „biało-czerwonych”!
„International level”

Na kolejnego zagranicznego trenera, który przyjechał pracować z reprezentacją Polski, czekaliśmy niemal pół wieku. Cóż to był za czas? Dziś wszyscy doskonale pamiętamy. Po nieudanym mundialu w Niemczech prezes PZPN Michał Listkiewicz postanowił zatrudnić Leo Beenhakkera.

Holender na tych samych mistrzostwach świata prowadził reprezentację Trynidadu i Tobago, która zresztą wprowadził na MŚ po raz pierwszy i – jak dotąd – jedyny w historii. Z naszym zespołem zaczął jednak fatalnie. Najpierw przegrał towarzysko z Danią, a następnie – już o punkty – z Finlandią. Niektóre gazety zaczęły go zwalniać, aż nadszedł 11 października 2006 roku i jeden z najlepszych meczów naszej reprezentacji w XXI wieku. Na Stadionie Śląskim pokonaliśmy Portugalię 2:1, rozpoczynając marsz do Euro 2008.

Beenhakker zasłynął głównie jako mistrz motywacji. Jakimś cudem przekonał Grzegorza Bronowickiego, że Cristiano Ronaldo wcale nie jest taki dobry i obrońca, który niecały rok wcześniej grał w Górniku Łęczna… zakładał „siatki” wschodzącej gwieździe futbolu. Mecz z Portugalią był przełomem, po którym nastąpiło pasmo sukcesów, wyłączając starcie z Armenią w Erywaniu. A słynne powiedzenia: „international level” (poziom międzynarodowy), czy fragment reklamy, w której wystąpił – „Leo why? For money” (Leo, dlaczego? Dla pieniędzy) powtarzali wszyscy.

Holender jako pierwszy w historii wprowadził nasz zespół na mistrzostwa Europy, ale jego sukces nie wszystkim był w smak. Inna rzecz, że w eliminacjach MŚ 2010 spisaliśmy się koszmarnie, choć wszyscy pamiętają jeszcze mecz z Czechami. To było ostatnie wielkie spotkanie w trenerskiej karierze Beenhakkera, który został zwolniony przez Grzegorza Latę przed kamerami telewizyjnymi. Było to we wrześniu 2009 roku, po meczu ze Słowenią w Mariborze,

Portugalczyk Paulo Sousa nie jest pierwszym obcokrajowcem, który będzie pracował z reprezentacją Polski. Wprawdzie na oficjalnej liście selekcjonerów przed nim pojawiło się tylko jedno nazwisko, Leo Beenhakkera, który naszą drużynę narodową szkolił w latach 2006-07, to dużo wcześniej z biało-czerwonymi pracowało wielu trenerów z zagranicy. Nie pełnili oni jednak funkcji selekcjonerów czy też kapitanów związkowych.

Charakter tej współpracy był różny i właśnie temu zamierzamy się bliżej przyjrzeć, bo zestaw innej niż polska myśli szkoleniowej jest bardzo interesujący. Dość powiedzieć, że już przed pierwszym meczem w historii reprezentacji Polski, którego 100. rocznicę obchodzić będziemy w grudniu tego roku, w przygotowaniach uczestniczył węgierski szkoleniowiec.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Piłka nożna
Polska-Francja: Polska żegna się z Euro 2024. Mecz o honor
Piłka nożna
Euro 2024: Klasyfikacja strzelców
EURO 2024
Dwóch Polaków kończy z kadrą. Jaka reprezentacja zagra z Francuzami?
EURO 2024
Szczepłek: Dlaczego mam słabość do Kamila Grosickiego
Piłka nożna
Luka Modrić najstarszym strzelcem gola w historii Euro. Kogo wyprzedził?
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży