Jacek Magiera: Cały czas pod prądem

Trener Śląska Wrocław Jacek Magiera wyjaśnia „Rzeczpospolitej”, jak z drużyny walczącej o utrzymanie stworzyć w kilka miesięcy lidera PKO BP Ekstraklasy, kiedy dostał 700 SMS-ów i dlaczego jego zespół jest jak australijski farmer.

Publikacja: 31.10.2023 03:00

Jacek Magiera

Jacek Magiera

Foto: PAP/Maciej Kulczyński

To dla pana zaskoczenie, że Śląsk Wrocław jest pierwszy w tabeli?

Jestem zadowolony, bo trudno nie być. W Śląsku tworzy się fajna grupa ludzi, która rozumie się nawzajem oraz idzie w tym samym kierunku. Relacje między sztabem a drużyną są zdrowe. Etos i wysokie standardy pracy pozwoliły nam wejść na taki poziom. Mieliśmy skromniejsze cele. Chcieliśmy wygrać trzy mecze z rzędu, bo od kilku lat to się Śląskowi nie udało. Wygraliśmy w siedmiu kolejnych meczach, a w ósmym byliśmy blisko. Chcemy więcej, chociaż zdaję sobie sprawę, że wiecznie passa nie będzie trwać. Patrzymy na to co tu i teraz.

Formuła Adama Małysza dalej się sprawdza, „Liczy się tylko następny skok”?

Życie mnie tego nauczyło, może wcześniej za bardzo nastawiałem się na długofalowy rozwój? Dzisiaj tego nie robię. Nie patrzę, co będzie w czerwcu, za rok, bo zarówno popełniony błąd, jak i wygrany mecz to już historia. Porównuję to do klepsydry. Patrzymy na górę, na dół, a zapominamy o tym, co pośrodku. Kluczem są relacje, mentalność, psychologia, w którą się zagłębiam, pracując z zespołem.

Czytaj więcej

Dlaczego Legia Warszawa przegrywa i lekceważy przeciwników

Do Erika Exposito klucz pan znalazł, choć odsunięcie od składu w końcówce poprzedniego sezonu było ryzykowne…

Było, minęło. Pamiętajmy, że nie odsunąłem go od składu, a jedynie pozwoliłem wyjechać do Hiszpanii, gdy był kontuzjowany i nie mógł trenować z drużyną. Porozmawiałem, powiedziałem mu, co musi zrobić, by po powrocie trenować z zespołem. Wszystko to wykonał. Jesteśmy zadowoleni, a najbardziej kibice Śląska. Erik ma ogromne umiejętności, a ja musiałem go tylko przekonać, że tak jest. Obudzić. Rzadko kiedy rozmowy indywidualne z zawodnikami są przyjemne.

Potem było jeszcze ostrzej, bo odsunął pan od składu trzech Hiszpanów. Zrobił pan to przy innych zawodnikach. Celowo w takiej formie?

Jestem niezależny w zarządzaniu pionem sportowym, szatnią, sztabem. To jest podstawowy warunek, żebym mógł dobrze pracować, czuć się swobodnie. Odsunięcie trzech piłkarzy to nie był koniec. Wymieniłem też dwóch trenerów. Nie chodziło o to, że źle pracowali, ale potrzebowaliśmy innego bodźca. W piłce nożnej nie można być w strefie komfortu. Trzeba być cały czas pod prądem.

W ostatnim meczu poprzedniego sezonu przegrał pan z Legią 1:3, teraz wygrał 4:0, a piłkarzy w dużej części ma pan tych samych. Co się zmieniło?

Czytaj więcej

Ekstraklasa. Śląsk bije Legię i jest liderem. Porażka Rakowa w Zabrzu

Szatnia. Trzeba ją było wyczyścić, ale były też wzmocnienia, żebym mógł zbudować drużynę po swojemu. Przed każdym transferem ja i dyrektor David Balda rozmawialiśmy z zawodnikiem – jeśli „nie na żywo”, to choćby przez internet. Mówiliśmy, czego oczekujemy. Chcemy mieć w składzie ludzi świadomych, w jakim miejscu są, kto jest szefem i jaką rolę mają odgrywać. Latem się bardzo wzmocniliśmy. Aleks Petkov jest jednym z najlepszych obrońców w lidze, podobnie jak Peter Pokorny. Burak Ince już strzelił dwa gole. Wzmocnieniem jest transfer z rezerw Yehora Matsenki. Pokazał, że tylko od piłkarza zależy, czy da sygnał trenerowi pierwszej drużyny. Odbudowujemy formę Kennetha Zohore. Nie zapominajmy też o Cameronie Borthwicku-Jacksonie.

Mimo wszystko chyba niewielu na was stawiało?

Jesteśmy jak Cliff Young, australijski farmer, który wygrał ultramaraton z Sydney do Melbourne. Dwa razy dawałem go za przykład. Raz jako trener Legii, a potem w Śląsku – w trakcie walki o utrzymanie. Dzisiaj panuje euforia. Oczekiwania a możliwości to jednak są dwie różne rzeczy.

W Legii i za pierwszym razem w Śląsku też długo szło świetnie, a potem przyszły kryzysy. Nie obawia się pan tego?

To były dwie różne sytuacje, kluby, drużyny, ludzie zarządzający. Nie można tych sytuacji porównywać. Mamy taką manię, żeby szukać analogii z przeszłości. Można przypominać, że kiedyś Wisła Płock była pierwsza w tabeli, a potem spadła. Słucham tego i tylko się uśmiecham.

Uważam się za normalnego gościa i wiem, że nie odlecę, nie zacznę grać kogoś, kim nie jestem.

Wyciąga pan wnioski z przeszłości. Dziś większą uwagę przykłada do gry w obronie, bo ona daje wyniki?

Zarządzam wszystkimi, ale dałem dużą odpowiedzialność współpracownikom, którzy odpowiadają za fazy gry i cieszę się, że to funkcjonuje. Co do wniosków, to przed meczem z Legią spotkałem się z Piotrem Waśniewskim, który mnie zwalniał, a potem pytał, czy nie wróciłbym do drużyny. Podziękowałem mu za to zwolnienie. Miniony rok był wartościowy. Poświęciłem go na budowanie relacji w domu, ale też na spojrzenie na to, co się dzieje w zawodowej piłce.

Teraz jest pan bohaterem…

Po zwycięstwie z Legią dostałem chyba z 700 SMS-ów z gratulacjami. Kiedy byłem zwalniany, to oprócz członków rodziny zadzwonił tylko Tomek Kiełbowicz.

Rodzina jest dla pana oparciem w tym całym napięciu?

Uważam się za normalnego gościa i wiem, że nie odlecę, nie zacznę grać kogoś, kim nie jestem. Wsparcie w rodzinie mam znakomite, to moje największe zwycięstwo. W futbolu przyjdą zwycięstwa, remisy, porażki. Dużo widziałem i wiem, że to nie może wpływać na najbliższych. Rozmawiam z trenerami, którzy żałują, że zbyt dużo czasu poświęcali na pracę, zaburzając rytm domowy. Kiedyś w rozmowie z „Weszło” opowiedziałem historyjkę. Najpierw syn dzwoni do taty i pyta, kiedy przyjedziesz, a w odpowiedzi słyszy: „za 10 minut”, „za 30 minut”, „za godzinę”, „za dwie”. Nie obejrzysz się nawet i sam będziesz dzwonił z takimi pytaniami. A w odpowiedzi dostaniesz: „teraz nie mogę”.

Kibice Legii po porażce skandowali pana nazwisko. Jako jeden z niewielu jest pan bohaterem dwóch wielkich miast i klubów…

Ten mecz zapisze się w kronikach Śląska. Przeszliśmy do historii, bo wygrać ze znakomitym rywalem 4:0 na takim stadionie, po brzegi wypełnionym kibicami, to jest sztuka. Już wcześniej dokonaliśmy czegoś wielkiego, bo wygraliśmy siedem meczów z rzędu. Dziękuję kibicom Legii za wsparcie. Zawsze gdy jadę na Łazienkowską albo gram tam mecz, to jestem tak przyjmowany. U tamtejszych kibiców na szacunek trzeba ciężko zapracować, bo to wymagający ludzie i znają się na piłce. Pokazali we Wrocławiu wielką klasę. Było mi bardzo miło. Powiedziałem o tym piłkarzom, kiedy spotkaliśmy się na pierwszym treningu.

Z Legii zwolnili pana po porażce ze Śląskiem, a ze Śląska – po przegranej z Legią. Tym meczem zamknął pan jakiś etap?

Nie traktuję żadnego spotkania jako zemsty czy okazji do rozliczeń. Nie chcę już mówić o rozstaniu z Legią, to temat zamknięty. Po latach wiem, kto stał za tą decyzją prezesa Dariusza Mioduskiego i tylko się uśmiecham.

Legia gra dziś na dwóch frontach i w Ekstraklasie ma lekkie problemy. Podobnie jest z Rakowem Częstochowa. Dlaczego?

Do grania na dwóch frontach trzeba się przygotowywać przez trzy lata. Musisz mieć nie tylko mocną kadrę, ale też doskonale zaplanowaną logistyką, a regeneracja powinna hulać jak orkiestra. Do tego dochodzą odpowiednie treningi, suplementy. To jest masa rzeczy, o których trzeba pamiętać i je przygotować. Grałem już w swoim życiu co trzy dni: czy to będąc asystentem, czy pierwszym trenerem. Czasami człowiek się budził i nie wiedział, gdzie jest. To jest piękne w futbolu, chciałbym do tego wrócić. Każdemu życzę takiej przygody.

Powiedział pan w jednym z wywiadów, że jeszcze kiedyś wyjedzie do klubu zagranicznego…

Teraz nie ma o czym mówić. Nie czuję ciśnienia, żeby koniecznie pracować za granicą. Dobrze się czuję w Śląsku i to jest najważniejsze. Jeśli wspólnie w domu uznamy, że warto, i będzie propozycja, to wyjedziemy.

To dla pana zaskoczenie, że Śląsk Wrocław jest pierwszy w tabeli?

Jestem zadowolony, bo trudno nie być. W Śląsku tworzy się fajna grupa ludzi, która rozumie się nawzajem oraz idzie w tym samym kierunku. Relacje między sztabem a drużyną są zdrowe. Etos i wysokie standardy pracy pozwoliły nam wejść na taki poziom. Mieliśmy skromniejsze cele. Chcieliśmy wygrać trzy mecze z rzędu, bo od kilku lat to się Śląskowi nie udało. Wygraliśmy w siedmiu kolejnych meczach, a w ósmym byliśmy blisko. Chcemy więcej, chociaż zdaję sobie sprawę, że wiecznie passa nie będzie trwać. Patrzymy na to co tu i teraz.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Piłka nożna
Trzy gole Jesusa Imaza. Jagiellonia wygrywa 4:0
Piłka nożna
Polskie drużyny w walce o europejskie puchary. Wszyscy chcą się dostać na salony
Piłka nożna
Mieli grać w europejskich pucharach, wkrótce mogą przestać istnieć. Ukraiński klub na skraju upadku
Piłka nożna
Kim jest Leny Yoro - nastolatek, za którego Manchester United zapłacił fortunę?
Materiał Promocyjny
Mała Księgowość: sprawdzone rozwiązanie dla małych i średnich przedsiębiorców
Piłka nożna
Wraca Ekstraklasa. Czy i dlaczego warto się tym ekscytować?