Midtjylaand zagrało przy Łazienkowskiej znacznie lepiej niż na swoim boisku. Spory wpływ miały na to dwie zmiany w składzie, na bardzo istotnych pozycjach. Na środku obrony wystąpił Islandczyk Sverrir Ignason, w ataku Koreańczyk Cho. I od razu Legia, której składu nie było powodu zmieniać, miała trudniejsze zasadnie.

Tyle że przez niemal godzinę żadna ze stron nie próbowała nawet zaatakować na tyle odważnie, żeby zmienić wynik. Wyjątkiem był strzał w doliczonym czasie, znakomicie obroniony przez Kacpra Tobiasza.

Emocje zaczęły się dopiero w 53. minucie, kiedy po pięknym podaniu Pawła Wszołka jeszcze ładniej głową bramkę strzelił Tomas Pekhart. Tyle, że Legia, zamiast ruszyć na oszołomionego przeciwnika, pozwoliła mu na przejęcie inicjatywy. Efektem kilkuminutowej, sporej przewagi Midtjylland była bramka wyrównująca, zdobyta przez Paulinho strzałem z trzydziestu metrów.

Do końca meczu pozostawało ponad dwadzieścia minut, atakowali raz jedni, raz drudzy. Duńczycy składniej, Legia niebezpieczniej. Jedna z jej akcji, między Wszołkiem a Pekhartem powinna zakończy się golem. W odwecie, po strzale Simsira piłka trafiła słupek bramki Tobiasza.

Dogrywka to pół godziny gry, podczas której żadna strona nie chciała ryzykować. Rzuty karne Legia wykonywała pierwszy raz w historii swoich kilkudziesięciu lat startów w rozgrywkach europejskich. Trafiło sześciu kolejnych legionistów i pięciu piłkarzy z Danii. Strzał szóstego - Stefana Gartenmanna obronił Kacper Tobiasz.

Bramkarz z Ursynowa znów został bohaterem, bo to dzięki niemu w podobnych okolicznościach Legia zdobyła w maju Puchar Polski. A nie musiałoby dojść do nerwowej końcówki, gdyby warszawska drużyna sama sobie nie wbijała goli w Danii. Bo awansowała wprawdzie zasłużenie, ale i szczęśliwie.