Nie ma co jednak załamywać rąk. Mecz był specyficzny. W kalendarzu UEFA i FIFA, przepełnionym spotkaniami o punkty, zawody towarzyskie stają się reliktami przeszłości. Trenerzy mają w nich rzadką okazję sprawdzenia zawodników, ustawień i sposobu gry, ponieważ ewentualna porażka może być jedynie plamą na honorze. Takie mecze ze sportowego punktu widzenia nie mają większego znaczenia, a dla trenerów mogą być cenne.

W dodatku Polska i Ukraina nie zakwalifikowały się na mistrzostwa świata. Obydwie federacje dobrze wiedzą, że trzeba coś zmienić, z niektórymi piłkarzami się pożegnać i szukać dróg poprawy. Ukraina zmieniła nawet trenera. Polska nie, bo nie musiała.

Czytaj więcej

Polska – Ukraina 0:2. Rozczarowująca porażka we Wrocławiu, obrona wciąż do poprawy

Polska – Ukraina. Ukraińcy wykorzystali błędy naszej reprezentacji

Jan Urban słusznie zbierał pochwały za to, jak odmienił grę reprezentacji i nie zmieniła tego ani porażka ze Szwecją, odbierająca nam szanse na udział w mundialu, ani przegrana we Wrocławiu. Bo trener ma prawo do zmian, nawet kosztem wyniku, ponieważ porażka może mu dać więcej niż efektowne zwycięstwo.

Polacy zaczęli grę w niemal najsilniejszym składzie i przez pierwsze pół godziny prezentowali się dobrze. A na pewno lepiej niż przeciwnik. W tym czasie ukraiński bramkarz wygrał pojedynek z Oskarem Pietuszewskim, piłka po strzale Sebastiana Szymańskiego przeleciała tuż obok słupka, a kilka innych akcji – skrzydłami czy środkiem – powodowało panikę w ukraińskiej obronie.

Tyle że ta przewaga nie przyniosła żadnych efektów. Ukraińcy napór przetrzymali i prostymi środkami zaczęli sami atakować. Wykorzystali błąd Polaków, którzy dali sobie odebrać piłkę i pozwolili im ją rozegrać przed polem karnym. A kiedy Roman Jaremczuk miał ją na nodze i ustawiał sobie na strzał z około 18 metrów – nie było przy nim żadnego Polaka, który by mu w tym przeszkodził.

Pięć minut później goście za pomocą kilku szybkich podań wyprowadzili w pole naszą defensywę, zagrali ze skrzydła pod bramkę, tam Andrij Jarmolenko wpadł między Przemysława Wiśniewskiego a Nicolę Zalewskiego i z bliska trafił do siatki.

Była 44. minuta. W meczu o punkty Jan Urban nie podjąłby takiej decyzji, jak tym razem. Przegrywając 0:2, w przerwie zdjął z boiska Roberta Lewandowskiego, Piotra Zielińskiego, Sebastiana Szymańskiego i Oskara Pietuszewskiego. Zamiast nich zobaczyliśmy Karola Świderskiego, debiutanta Mateusza Żukowskiego z Magdeburga, Bartosza Kapustkę i Jakuba Kamińskiego.

Dobrzy piłkarze, ale gry reprezentacji ani nie uporządkowali, ani nie poprawili. W dodatku Świderski nie wykorzystał stuprocentowej sytuacji, w której dostał piłkę na nogę od obrońcy. Strzelił wprawdzie celnie, jednak bramkarz Anatolij Trubin obronił.

Czytaj więcej

Stefan Szczepłek: Sukces PSG tyleż szczęśliwy, co zasłużony

To działo się w 56. minucie. Od tej pory do końca meczu Polacy nie zbudowali ani jednej akcji i głównie patrzyli, jak świetni technicznie i występujący w dobrych zagranicznych klubach Ukraińcy grają z nimi „w dziadka”, jak na treningu. Trochę przykro było na to patrzeć, bo przepaść w technice między nami a Ukraińcami była potężna.

Polska – Nigeria. Kiedy drugi sparing kadry?

Urban powołał większość zdolnych młodych piłkarzy, którzy dobrze spisują się w Ekstraklasie (Oskar Wójcik z Cracovii, Norbert Wojtuszek z Jagiellonii) czy w klubach zagranicznych (Mateusz Żukowski z Magdeburga, Kacper Potulski z Mainz, Filip Rózga ze Sturmu Graz, Arkadiusz Pyrka z Sankt Pauli Hamburg), jednak wypadli oni dość blado.

Kapitan reprezentacji Polski Robert Lewandowski po przegranym 0:2 towarzyskim meczu z Ukrainą

Kapitan reprezentacji Polski Robert Lewandowski po przegranym 0:2 towarzyskim meczu z Ukrainą

Foto: PAP/Maciej Kulczyński

To zrozumiałe. Czterej z nich debiutowali w pierwszej reprezentacji, wszyscy się dopiero poznawali, nie byli zgrani, niektórzy, żeby przekonać do siebie trenera, decydowali się na akcje, kończące się stratą piłki.

Ale spróbowali, trener też wie już o nich więcej. Będzie mądrzejszy po drugim meczu towarzyskim, z Nigerią w Warszawie, 3 czerwca. I może coś z tego chleba upiecze.