Ten sezon Bundesligi od początku jest wyjątkowy. Powiew świeżości w nieco skostniałą rywalizację Bayernu Monachium z resztą Niemiec wniósł RB Lipsk. Zarówno na boisku – sensacyjny beniaminek traci tylko cztery punkty do giganta z Bawarii – jak i poza nim. Szczególnie poza nim.
Będący własnością producenta napoju energetycznego Red Bull klub stał się dla niemieckich kibiców symbolem wszystkiego, co w obecnej piłce nożnej najgorsze: komercjalizacji, braku idei, kupowania sukcesów.
Niemiecki futbol bardzo różni się od tego, co znają kibice w innych częściach Europy. Tam klub jest wciąż w dużej mierze organizacją społeczną – skupiającą lokalną ludność wokół siebie. W Niemczech kluby wciąż w 50 procentach (plus jedna akcja) muszą należeć do kibiców.
Red Bull, a oficjalnie RasenBallsport, bo przepisy – z wyjątkami – zabraniają umieszczania nazwy sponsora w nazwie klubu, zręcznie omija te przepisy. Owszem, wyemitował akcje dla kibiców, ale horrendalnie drogie i dostępne wyłącznie dla ludzi związanych z producentem napoju.
Bayern ma 284 tysiące członków (najwięcej spośród sportowych organizacji na świecie), Borussia Dortmund ponad 145 tysięcy, a akcje RB skupione są w rękach... 17 osób.