Lepiej już było. Tak można w skrócie opisać to, co w ostatnich latach dzieje się w łyżwiarstwie figurowym. Od dyscypliny odwracają się kibice, telewizje i sponsorzy. Zainteresowanie jest coraz mniejsze.
Niegdyś mistrzostwa świata łyżwiarzy figurowych były jednymi z najważniejszych zawodów w kalendarzu imprez sportowych. Zdobyty w nich medal był jednym z najcenniejszych trofeów dla łyżwiarza. Jednak to już historia.
W tym roku na lodowisku w Saitamie brakuje tych, którzy mogliby być magnesem dla publiczności. Złoci medaliści olimpijscy par sportowych z Soczi, Rosjanie Tatiana Wołosożar i Maksym Trańkow, nie przyjechali do Japonii, bo, jak poinformował szef rosyjskiej federacji łyżwiarskiej Aleksander Gorszkow, zawodnicy nie mieli w planach startu w tych zawodach. Pod ich nieobecność honoru Rosji mieli bronić Ksenia Stołbowa i Fiodor Klimow, aktualni wicemistrzowie olimpijscy. Lecz po programie krótkim zajmują trzecie miejsce, więc złoto mistrzostw świata trochę się oddaliło.
Za to porażkę w igrzyskach wetują sobie reprezentanci Niemiec – Aliona Savchenko i Robin Szolkowy. W Soczi mieli zwyciężyć bez większych problemów, ale dwa fatalne błędy w programie dowolnym pozbawiły ich dobrego humoru. Na pocieszenie zostanie im złoto, które być może zdobędą w Saitamie.
Podobnie wygląda sytuacja w rywalizacji solistek. Obecna mistrzyni olimpijska, 18-letnia Adelina Sotnikowa, zrezygnowała z mistrzostw świata, by spokojnie przygotowywać się do kolejnego sezonu. W Japonii kibice nie zobaczą także 24-letniej Koreanki Kim Yu-na (złoto olimpijskie cztery lata temu w Vancouver i srebro w Soczi), która dzień po występie na tegorocznych igrzyskach zakończyła karierę.
Ich nieobecność w Japonii to szansa dla wschodzącej gwiazdki łyżwiarstwa figurowego - Julii Lipnickiej. 16-letnia ulubienica rosyjskich polityków była bezapelacyjną kandydatką do złota w Soczi. Lecz, tak jak w przypadku Savchenko i Szolkowego, osiągnięcie celu zniweczył upadek. Teraz Lipnicka walczy, by rok 2014 nie był do końca stracony.
Wśród solistów nie ma wicemistrza z Soczi, Kanadyjczyka Patricka Chana, oraz leczącego kontuzję brązowego medalisty, Denisa Tena z Kazachstanu. Złoty medalista olimpijski Yuzuru Hanyu także nie czekał na start w mistrzostwach świata z przesadnym entuzjazmem, ale w końcu zdecydował się na udział, ponieważ zawody odbywają się w jego ojczyźnie. Na występ na lodowisku w Saitamie nie zdecydowali się także mistrzowie olimpijscy w tańcach na lodzie, Amerykanie Meryl Davis i Charlie White.
- To będą mistrzostwa głodnych i złych – mówił przed rozpoczęciem zawodów w rozmowie z R-sport rosyjski trener Jewgienij Rukawicyn. Ciężko znaleźć lepsze określenie. Do Japonii pojechali przede wszystkim ci, którzy w tym sezonie są spragnieni jakiegokolwiek sukcesu. Ale w roku olimpijskim taka sytuacja zdarza się nie po raz pierwszy. Najlepsi zawodnicy, nieco ponad miesiąc po igrzyskach, niczego nie muszą już udowadniać, ani o nic walczyć.
Międzynarodowa Unia Łyżwiarska (ISU) powinna postarać się jak najszybciej rozwiązać problem. Zgoda na wykorzystanie piosenki z wokalem w programie czy fortuna wydana na promocję dyscypliny nie wystarczą, by przyciągnąć widzów. Bo jak przekonać kibica, że mistrzostwa świata to atrakcyjna impreza, jeśli lekceważą je nawet sami zawodnicy?