Reklama

Saul Alvarez kontra Giennadij Gołownikn: To nie oszustwo

O walce Saula Alvareza z Giennadijem Gołowkinem będzie się jeszcze w świecie boksu długo mówić.
Pojedynek Saula Alvareza (z prawej) z Giennadijem Gołowkinem

Pojedynek Saula Alvareza (z prawej) z Giennadijem Gołowkinem

Foto: AFP

Po pierwsze dlatego, że był to znakomity pojedynek, w którym obaj próbowali wygrać wyraźnie, ale nie dali rady ze względu na klasę rywala. Po drugie, takie werdykty zawsze są komentowane, bo walka była wyrównana i trudna do punktowania.

Gołowkin był w trudnej sytuacji, musiał mieć świadomość, że sędziowie będą sprzyjać rywalowi. Tak niestety skonstruowany jest ten biznes. Kura znosząca złote jajka, a taką jest Alvarez, zawsze może liczyć na parasol ochronny. Zwłaszcza gdy stoi za nią potężna firma promotorska, w tym przypadku Golden Boy Promotions.

Zresztą jej szef Oscar de la Hoya rozumie to jak mało kto. Wystarczy przypomnieć jego słynny pojedynek z Felixem „Tito" Trinidadem z 1999 roku. „Golden Boy" był lepszy, zasłużył na zwycięstwo, ale wygrał Portorykańczyk. Dlaczego? Zadałem wtedy to pytanie znanemu amerykańskiemu dziennikarzowi, który odpowiedział: bo Don King ma lepszych sędziów niż Bob Arum. Ten pierwszy był promotorem Trinidada, a drugi Oscara de la Hoi. Do rewanżu nigdy nie doszło, wielka szkoda.

Takich werdyktów jak tamten w boksie było całe mnóstwo. Niektóre nazywano skandalami, inne przechodziły do historii jako wielkie oszustwa, a o takich jak ten ostatni w Las Vegas mówiono tylko, że nic by się nie stało, gdyby sędziowie opowiedzieli się za przegranym.

Moim zdaniem Gołowkin walczył bardzo dobrze, ale Alvarez w niczym mu nie ustępował. Ktoś powie, że to Kazach bronił tytułów, więc wyrównane rundy powinny iść na konto mistrza, ale takich zasad nie ma. Bywa przecież i tak, że ktoś wygrywa siedem wyrównanych rund, później w pozostałych pięciu dostaje solidne lanie, i to on jest zwycięzcą, bo punktowano je zgodnie z regulaminem 10:9, podobnie jak tamte wyrównane. Boks nie zawsze jest sprawiedliwy, nawet jak sędziowie punktują uczciwie.

Reklama
Reklama

Gołowkin został po tej walce bez pasów, ale zarobił najwięcej w karierze, prawdopodobnie 20–30 milionów dolarów. Z pewnością on i jego promotor będą dążyć do trzeciego pojedynku, ale teraz karty w rękach trzymają „Canelo" i Golden Boy Promotions. I nie ma żadnej pewności, że interesuje ich trylogia z „GGG". Być może więc każdy pójdzie swoją drogą, a 36-letni Gołowkin wkrótce zakończy karierę.

Dla Alvareza dopiero teraz zaczyna się czas finansowych żniw. Jest królem wagi średniej, posiadaczem kilku cennych pasów (WBC, WBA, IBO, The Ring) i może wybierać rywali. A Gołowkinowi po pierwszej porażce na zawodowym ringu pozostaje tylko cierpliwie czekać i liczyć, że Meksykanin łaskawie zgodzi się z nim jeszcze raz walczyć. Możliwy jest też scenariusz, w którym Kazach po prostu wywalczy sobie prawo do takiego pojedynku i nie będzie musiał nikogo pytać o zgodę. Tylko czy wystarczy mu sił i wytrwałości?

Boks
Nie żyje Marian Kasprzyk. O mistrzostwo olimpijskie walczył ze złamanym kciukiem
Materiał Promocyjny
Jak zostać franczyzobiorcą McDonald’s?
Materiał Promocyjny
OTOMOTO rewolucjonizuje dodawanie ogłoszeń
Boks
Ołeksandr Usyk wciąż niepokonany, prezydent Zełenski mu dziękuje. Kiedy kolejna walka?
Boks
Janusz Pindera: Biwoł - Bietierbijew. Czas na trylogię, też w Rijadzie
Boks
Siedem walk o mistrzostwo świata. Gala, jakiej nie było
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama