Bywało, że goście szukali się pod stolikami w Kamieniołomach Hotelu Europejskiego lub zażywali kąpieli w fontannie restauracji Kongresowa, nie zdejmując garniturów. Wyciągał ich wtedy Władek Komar i suszył na wieszakach w szatni.
W porównaniu z takimi atrakcjami na balu w Hiltonie było nudno. Wyraźnie zmieniła się tzw. struktura spożycia, co powoduje brak jakichkolwiek ekscesów.
Przyjemne na balu „Przeglądu Sportowego" jest to, że sportowcy przychodzą z żonami, mężami, sympatiami. Mało jest takich okazji. A ponieważ coraz częściej laureaci w tym samym czasie startują za granicą, nagrody
w ich imieniu odbierają rodzice. I kiedy mama Justyny Kowalczyk mówi o radości, jaką dają biało-czerwone flagi towarzyszące na trasie biegu jej córce, to przecież czujemy wszyscy to samo, tylko jakoś nie wypada się wzruszać. Matka może, a wszyscy się cieszą, że to mówi. Kamil Stoch przyjechał na bal prosto z Bischofshofen. Wyszedł skromnie na scenę po odbiór nagrody za dziesiąte miejsce, podziękował wszystkim, a na balu cały czas trzymał za rękę żonę. Tłumaczył mi, że dopiero po ślubie znalazł sens życia i być może dlatego lepiej skacze.
Redaktor Maciej Petruczenko, spec od lekkiej atletyki, piszący w „PS" od 40 lat, przyszedł na bal ze starszym, dystyngowanym panem. Coś mi świtało, ale nie do końca. Dopiero Wojtek Gąssowski, autentyczny, a nie farbowany przyjaciel sportowców, powiedział: Widziałeś? To przecież Włodek Sokołowski.
Włodek Sokołowski, pierwszy Polak, który skoczył o tyczce 5 metrów. Ukończył architekturę na Politechnice Warszawskiej, mieszka w USA.
To są bale mistrzów, którzy pozostają bohaterami jednego sezonu, i takich, którzy stają się legendami. Ale wszyscy sprawiali nam radość. I tak od roku 1926, kiedy „PS" zorganizował pierwszy plebiscyt.
W przyszłym roku Jerzy Kulej powinien otrzymać nagrodę Superchampion za kolejne zwycięstwo.