Słyszałem, że wezwał pan na pomoc dziesięciu juniorów, którzy zajmą miejsca dotychczasowych piłkarzy Bełchatowa.
Michał Probierz:
Ja też słyszałem. Sensacyjne wiadomości szybko się rozchodzą. A kiedy są nieprawdziwe, jeszcze lepiej się sprzedają. A ta jest właśnie nieprawdziwa. Grupa młodych chłopców, o których pan mówi, została zgłoszona do rozgrywek jeszcze przed moim przyjściem do Bełchatowa. Nie ma w tym niczego nadzwyczajnego, a ja nie mam z tym nic wspólnego. Trenują w zespole Młodej Ekstraklasy, a nie ze mną.
Ale mogą w każdej chwili zagrać w pierwszej drużynie?
Jeśli któryś z nich będzie lepszy od grającego obecnie, to tak. Muszę im się przyjrzeć. Jestem dopiero drugi tydzień w Bełchatowie.
I jakie wrażenia?
Wiedziałem, gdzie przychodzę. Drużyna jest na ostatnim miejscu, Kamil Kosowski, Mate Lacić i Łukasz Budziłek nie trenują, bo mają swoje sprawy z klubem. Bracia Makowie leczą kontuzje i nie widziałem ich jeszcze na treningu. To są normalne sprawy w każdym klubie. Trener nigdzie nie odpowiada za sytuację finansową i nie zagląda do umów zawodników. Moim zadaniem jest dobre przygotowanie drużyny do meczów.
Remis 1:1 z Lechią po czterech porażkach z rzędu może świadczyć, że się udało.
Nie bardzo. Powinniśmy ten mecz wygrać. Teraz jedziemy na ważne dla mnie spotkanie do Białegostoku, gdzie prawdopodobnie zostanę przyjęty brawami, ale nikt mi z sympatii nie da punktów. Mam jednak nadzieję, że w dwóch ostatnich meczach jesieni zdobędziemy punkty i wiosną będziemy skutecznie odrabiać straty.
Patrząc na tabelę, widać, że to może być niemożliwe.
A ja wierzę. Wie pan, co jest w tej pracy najważniejsze? Że mam bardzo dobre warunki do trenowania. W Bełchatowie są trzy oświetlone boiska, nie muszę się martwić, gdzie będę ćwiczył jutro i co zrobić, jak spadnie deszcz. A w klubach, w których do tej pory pracowałem, nie zawsze tak było. Mam swoje koncepcje, pracuję dopiero od siedmiu lat, uczę się żyć z porażkami.
Skoro w Bełchatowie są tak dobre warunki pracy, drużyna jest nadal finansowana przez potentata energetycznego, któremu nie grozi plajta, trwają obchody 35-lecia klubu, to dlaczego zespół zajmuje ostatnie miejsce? Dlatego, że PGE chce się wycofać z klubu?
Nie wiem. W pieniądze nie wchodzę. Koncentruję się na swojej pracy. Ale żeby klub funkcjonował jak należy, trzy strony muszą myśleć o wspólnym celu: trener, piłkarze i działacze. Wystarczy, że jedna strona gra pod siebie i ewentualny sukces diabli wzięli. W Wiśle Kraków właśnie tak się stało. Nie wszystkim zależało na tym samym, dlatego odszedłem.
Pan mówi o sytuacji idealnej. Patrzę na kluby, w których pan pracował, porównuję z wynikami i wydaje mi się, że tak było tylko w Jagiellonii.
Nie tylko. Nie narzekałem na pracę w kilku innych klubach, jednak nie było wśród nich Arisu Saloniki, z którego odszedłem sam. Trener musi wiedzieć, kiedy odejść. Nikt mnie z Wisły nie wyrzucał, mogłem tam być nadal i brać pieniądze, ale widząc, że nasze interesy są rozbieżne, uznałem, że niczego tam nie osiągnę.
Podjęcie pracy w ostatnim klubie w tabeli nie kłóci się z pańskimi ambicjami? Do niedawna był pan postrzegany jako twórca sukcesów Jagiellonii, kandydat na trenera reprezentacji, teraz jest pan jedną nogą w pierwszej lidze.
W ogóle mi to nie przeszkadza. Nie myślę o przeszłości, wciąż się uczę, mam swój kierunek. Dużo czytam i wyciągam wnioski. Jestem świeżo po lekturze książki Patricka Barclaya o Aleksie Fergusonie „Futbol, cholera jasna". To powinien przeczytać nie tylko każdy trener, ale również piłkarze i kibice. Natomiast autobiografii Paula Mersona „Jak nie być profesjonalnym piłkarzem" nie polecam zwłaszcza piłkarzom.
Może właśnie oni powinni przeczytać i wyciągnąć wnioski?
Może, ale po co ryzykować.