„Rzeczpospolita”: Lubi pan wyzwania?

Marian Kmita, p.o. prezes PKOl: Był taki utwór Budki Suflera „Lubię ten stary obraz”. Są tam takie słowa: „Wciąż naprzód iść i nie mieć czasu na zmęczenie. Wyszczerbić miecz, lecz czyste mieć sumienie”. I takie motto mi się podoba. Tak żyje się najciekawiej.

W takim razie, czy zastąpienie na stanowisku prezesa PKOl aresztowanego Radosława Piesiewicza to najpoważniejsze wyzwanie w pańskiej karierze?

Chyba poważniejsze, niż sądziłem. Raport finansowy, który przedstawił nam sekretarz generalny, skłania do głębokiej zadumy, jak to się mogło stać i jak z tego wyjść? Nie ma na to prostej odpowiedzi. Kiedy widzisz, że nieopłacone faktury za leasing samochodów przekraczają milion zł, masz prawo być zaskoczony. Ale to wszystko wiąże się z tym jednoosobowym przedsiębiorstwem, jakie urządził sobie prezes Piesiewicz, które funkcjonowało od końca 2024 r. To wtedy nasze ścieżki się rozeszły. Komunikacja z prezesem leżała. To był jednak problem nie tylko mój, ale też większości członków prezydium. Piesiewicz był sobie sam sterem, żeglarzem, okrętem. I kamizelką ratunkową. No i ta kamizelka zawiodła.

Czytaj więcej

Mirosław Żukowski: Nawrócił się na ostatnim zakręcie. Marian Kmita ma sprzątać po Piesiewiczu w PKOl

Czy Radosław Piesiewicz był dyktatorem? Marian Kmita o PKOl: Ta instytucja była zniewolona

A był dyktatorem, jak nazwał go w rozmowie z Onetem wiceminister sportu Piotr Borys?

Jest w tym dużo prawdy. Ta instytucja była zniewolona. Dzisiaj dostaję pytania, jak to możliwe, że do afery Zondacrypto nikt nie dostrzegał, jakim problemem był Piesiewicz. Z jednej strony, było to spowodowane wiarą w zespół, z drugiej – było trochę podziałów między nami, które uniemożliwiały próbę odwołania. To wszystko jednak nabrzmiewało. Czas wojny polsko-polskiej, jak opisywano starcie Piesiewicz – Sławomir Nitras, był dla nas bardzo trudny, ale później przyszedł Jakub Rutnicki, gotowy na współpracę, a w postawie prezesa niewiele się zmieniło. Apele nie przynosiły rezultatu, a kiedy pojawił się temat Zondacrypto, wszystko eksplodowało.

Podpisanie umowy z Zondacrypto to był moment, który przelał czarę goryczy?

Tak, ale napięcie rosło już wcześniej. Część zarządu i prezydium nie zgadzała się z kontynuowaniem takiej agresywnej polityki wobec ministerstwa. Próbowaliśmy wytłumaczyć, że nie tędy droga, że to samobójstwo, bo w normalnym kraju nie zdarza się, by narodowy komitet olimpijski toczył wojnę z ministerstwem i odwrotnie. Wszędzie jest to kooperacja, a u nas był wyścig, kto jest ważniejszy, kto kogo przeprosi, do kogo pierwszy się wybierze. Mam nadzieję, że to już przeszłość.

Żałuje pan współpracy z Piesiewiczem?

Szkoda zmarnowanego czasu. Wina za eskalację tego konfliktu leżała jednak po obu stronach: PKOl i ministerstwa. Nikt nie przychodził z fajką pokoju. To był raczej tomahawk. Wydaje mi się, że to również spowodowało syndrom oblężonej twierdzy. Ale faktem jest, że większość z nas przejrzała na oczy, kiedy przyszedł minister Rutnicki. Przez te trzy lata można było zrobić dla polskiego sportu o wiele więcej, gdyby warunki były pokojowe.

A jak wyglądały ostatnio pana relacje z Piesiewiczem? To była szorstka męska przyjaźń?

Przed podpisaniem umowy z Zondacrypto dyskutowaliśmy jeszcze o wielu kwestiach, były prośby i próby tłumaczenia. Myślałem, że jeszcze gdzieś uda się to posklejać, przestawić na inne tory – bardziej koncyliacyjne. Ale okazało się to niemożliwe.

Dlaczego?

Prezes działał wedle zasady „PKOl to ja”. Jak Ludwik XIV.

Jakim szefem PKOl zamierza być Marian Kmita?

Chciałbym działać całkiem inaczej, jak najwięcej kompetencji przekazać członkom prezydium i członkom zarządu. Bardzo się ucieszyłem po głosowaniu, bo widzę chęć pomocy. Było kilka bardzo fajnych wypowiedzi, takich spontanicznych z sali, np. Piotrka Pustelnika, Tomka Chamery czy Adama Konopki. To ja ryzykuję najbardziej, ale oni są gotowi mnie wesprzeć w tym, co najlepiej potrafią. Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, że naszym największym problemem jest wizerunek tej szacownej instytucji, który trzeba będzie jak najszybciej odbudować. Podobnie jak odzyskać zaufanie sponsorów. Będziemy musieli prześledzić dokumenty. Czeka nas bardzo wiele rzeczy do zrobienia naraz. Rozmowy ze związkami sportowymi, z wierzycielami czy z firmami leasingowymi, którymi jesteśmy winni pieniądze. Daję sobie jakieś sześć tygodni na rozpoznanie sytuacji. To jest skok na bardzo głęboką wodę, do studni, której dna nikt nigdy nie zbadał. Ale myślę, że korzystając z wiedzy, doświadczenia i kontaktów tych wszystkich osób, które mnie poparły, sobie poradzimy.

Czytaj więcej

Rusza proces odnowy PKOl. Robert Korzeniowski chętny do pomocy

Czy odbudowa wizerunku będzie trudniejszym zadaniem niż poprawa kondycji finansowej PKOl?

Nie, bo jedno wynika z drugiego. Musimy namówić spółki do pewnego ryzyka. Z tym że to ryzyko też nie jest takie gigantyczne. Proszę mi wierzyć, że doszło do opamiętania wszystkich członków zarządu i prezydium. Dziś jak pan posłucha Andrzeja Suprona czy Teresy Sukniewicz, to nie wypowiadają się już tak ortodoksyjnie. Wszyscy rozumieją, że musimy działać wspólnie, by to wyprostować. A do tego mamy rzeczy, z którymi nie można czekać, trzeba je obsługiwać na bieżąco, czyli przygotowania do igrzysk olimpijskich w Los Angeles 2028 czy takie wydarzenia jak zbliżające się Młodzieżowe Igrzyska Olimpijskie w Dakarze.

I jeszcze chce pan zmienić statut…

To dla mnie priorytet. Paradoks doświadczenia z Piesiewiczem polega na tym, że tak dużo informacji naraz o PKOl nie pojawiło się wcześniej w mediach, chociaż w większości była to zła sława. Z drugiej strony – to potężne ostrzeżenie na przyszłość, że ta instytucja musi się posługiwać dokumentami prawnymi, które będą przewidywać nawet takie sytuacje, rujnujące niemalże dorobek stuletniej organizacji. Będę chciał przeprowadzić solidnie proces konsultacji tego tekstu, a później, żeby się wypowiedziały na jego temat komisja statutowa, prezydium, zarząd. Wyślemy to do 106 członków komitetu. Niech każdy wypowie się jeszcze raz.

Czy sponsorzy wrócą do PKOl? Marian Kmita: Rozmowy już trwają 

Rozmawiał pan już z potencjalnymi sponsorami?

Tak, zacząłem te rozmowy jeszcze przed głosowaniem. Prowadziłem je niezależnie od tego, czy zostałbym wybrany na p.o. prezesa, z poczucia obowiązku, że jestem we władzach PKOl. Ale na razie jest jeszcze za wcześnie, by mówić o konkretach.

Jest szansa, że do grona sponsorów wróci Polkomtel?

Rozmawiałem z prezesem Maciejem Stecem i on mówi wprost: My na tym wizerunkowo straciliśmy. Nie dość, że wydaliśmy pieniądze, to jeszcze dostaliśmy po łapach i po głowie za towarzystwo Zondacrypto. Rzeczywiście, Polkomtel został bardzo poturbowani, więc nie dziwię się, że kierownictwo firmy miało duże pretensje o to, że znaleźli się w takim towarzystwie. Jak widać dzisiaj, słuszne. Ale będę się starał przekonać, by wrócili. Takie duże, renomowane firmy są nam potrzebne w tym gronie sponsorów, bo to też będzie zachęcało innych o tych samych gabarytach biznesowych, by przystąpić do wspierania PKOl. Nie będziemy jednak gardzić żadnymi pieniędzmi, pod warunkiem, że firmy nie będą kojarzyły się z niczym dwuznacznym. Po ostatnich doświadczeniach będziemy sprawdzać wszystko bardzo starannie i dopiero wtedy po konsultacjach podejmować wspólnie decyzje. Hasło innowacyjny sponsor już nam nie wystarczy.

Czytaj więcej

Trzy mln zł pożyczki dla PKOl pochodziły z przestępstwa? Co wykryły skarbówka i CBA

Czy teraz przyspieszy także projekt PKOl TV?

Mam nadzieję, ale musimy najpierw zadbać o finanse. Paradoksalnie nie jest to drogi projekt. W listopadzie 2024 r. opracowaliśmy cały model biznesowy, organizacyjny, redakcyjny i misyjny. Zebraliśmy oferty z rynku dotyczące zakupów sprzętu. Ale pan Radosław odkładał to w czasie. Oczywiście mieliśmy trudną sytuację finansową, możliwe, że brakowało tych 250 tys. zł więcej. W każdym razie wszystko jest gotowe. Mamy to udokumentowane, wybrane pomieszczenia, wykonane rysunki techniczne, gdzie się trzeba przekuć, z jakim kablem. To byłoby bardzo ciekawe przedsięwzięcie, bo niewiele mamy takich przykładów. Znam Olympic Channel, ale on jest ogólnoolimpijski, a my byśmy raczej wspierali związki sportowe, które mają kłopot z dotarciem swoim zasięgiem do telewizji. I taki kanał mógłby być fajnym miejscem dla sponsorów, bo wtedy z ekspozycją reklam nie byłoby żadnego problemu.

Wizerunkową porażką była też kwestia wypłat nagród dla olimpijczyków.

To było szaleństwo. Gdybyśmy mogli, to byśmy zainterweniowali. Ale z drugiej strony to też jest pytanie, czy należy iść tak daleko w obiecywaniu nagród? Metoda „zastaw się, a postaw się” nie jest zbyt mądra. Lepiej wydawać tyle, ile się ma, a nie tyle, ile zakładamy, że będziemy mieli. Wydaj nawet mniej, by coś zostało na nadzwyczajne sytuacje. Taki kierunek powinniśmy przyjąć: mniej blichtru, mniej celów doraźnych, a więcej długofalowego planowania z uwzględnieniem ministerstwa.

Chciałbym, żeby PKOl w tym krótkim okresie, kiedy ja za niego odpowiadam, i w przyszłości był apolityczny

Marian Kmita

Jaki jest pana pomysł na poprawę relacji z ministerstwem?

Wykonałem już pierwsze kroki. Dzwoniłem do ministra Rutnickiego, bo ucieka czas do igrzysk w Los Angeles. Musimy porozmawiać o priorytetach organizacyjnych, medialnych, jest projekt Domu Polskiego. Jeszcze nie zapoznałem się z nim, wiem tylko, że prezes Piesiewicz był na rekonesansie w USA i coś przygotowywał. Jestem ciekawy, jak to wygląda. Uważam, że takie projekty, jak nasza aktywność w Stanach Zjednoczonych, powinny być absolutnie konsultowane co najmniej z Ministerstwem Sportu, ale też z Ministerstwem Spraw Zagranicznych, bo zawsze można skorzystać z pomocy konsulatu czy ambasady, w zależności od tego, gdzie te igrzyska się odbywają. Z każdym rządem trzeba iść pod rękę, a nie z nim walczyć.

Czy wierzy pan, że PKOl może być organizacją apolityczną?

Takie są moje ambicje. Myślę, że my zadeklarowaliśmy już pełną otwartość. Pożegnaliśmy człowieka, który był przeszkodą w porozumieniu. Nie wiem, co mielibyśmy jeszcze zrobić, żeby się uwiarygodnić jako partner. Chciałbym, żeby PKOl w tym krótkim okresie, kiedy ja za niego odpowiadam, i w przyszłości był apolityczny. Tak jak jest w innych krajach, w przypadku innych narodowych komitetów olimpijskich. Niestety, jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że jak spółki skarbu państwa nie dadzą pieniędzy, to nie ma sportu. Średnia europejska zaangażowania kapitału prywatnego to 60 proc. My mamy tylko 26 proc., a taka Wielka Brytania 90 proc. Może kiedyś doczekamy takich czasów w Polsce.

Igrzyska olimpijskie w Polsce? Marian Kmita: To powinien być priorytet dla każdego rządu

Wsparcie zadeklarował Robert Korzeniowski. Ale za kilka miesięcy być może będziecie przeciwnikami w wyborach.

Najważniejsze, żeby uruchomić proces odnowy. Robert jest trochę niecierpliwy. A ten proces to jest sztafeta. Jeśli naszą metą mają być igrzyska olimpijskie w Polsce, to wszyscy jesteśmy potrzebni na pokładzie: Maja Włoszczowska, Otylia Jędrzejczak, Tomek Chamera, Adam Konopka, Adam Korol, mógłbym tak długo wymieniać. Każdy z nas powinien mieć taki cel, który nadaje temu wszystkiemu sens. Nie można zapomnieć o takich postaciach jak Zbyszek Boniek, Robert Lewandowski czy Czesław Lang. O osobach, które zbudowały swoją markę, są znane i szanowane na całym świecie.

Jestem entuzjastą projektu igrzysk olimpijskich w Polsce, chociaż zdaję sobie sprawę, że jest wielu oponentów. Myślę, że referendum będzie wielką próbą zaufania narodu do całej elity politycznej, nie do jakiejś konkretnej partii. Trzeba uczynić z tego priorytet dla wszystkich kolejnych rządów. Infrastrukturalnie musimy przeskoczyć jeszcze kilka pięter, np. jeśli chodzi o halę w Warszawie, która mogłaby pomieścić 18-20 tys. widzów. Przy okazji dużych imprez rangi mistrzostw Europy rozmawiam z działaczami międzynarodowymi z siatkówki, piłki ręcznej czy koszykówki i dla nich jest to nie do pomyślenia, że nie mamy w stolicy obiektu, na którym można by rozegrać finał takiej imprezy.

Czytaj więcej

Stefan Szczepłek: Igrzyska olimpijskie w Warszawie? Jestem za

Czyli pańskim zdaniem igrzyska olimpijskie w Polsce to nie jest opowieść science-fiction?

Śledziłem obawy Francuzów i Włochów przed igrzyskami w Paryżu i Mediolanie/Cortinie d'Ampezzo. Widzę, jak oni odetchnęli. Nie tylko nie stracili, ale byli lekko na plusie. Na pewno taka impreza przyspiesza rozwój kraju, co w naszym przypadku pokazało Euro 2012. Zawsze mnie smuci, że tak narzekamy na Polskę, mówimy, że jest w ruinie, a po 1989 r. zrobiliśmy siedmiomilowy krok. Mamy oczywiście trochę mankamentów takich jak klasa polityczna, wojny polsko-polskie, ale uważam, że jako kraj wykonaliśmy genialną robotę, dzięki temu, że zawsze byliśmy inni, szliśmy pod prąd. Jestem pewien, że gdybyśmy porwali się na igrzyska, to finalnie bylibyśmy na plusie.

Wiem, że ryzykuję, ale czuję się kompetentny. Mam wiedzę, znam ludzi. Te kilkadziesiąt lat pracy w mediach sportowych to moja przewaga

Marian Kmita

Będzie pan pełnił obowiązki prezesa PKOl społecznie?

W obecnej sytuacji finansowej byłoby nie na miejscu łupić jeszcze instytucję, która znajduje się pod wodą.

Wystartuje pan w kwietniowych wyborach?

Na ten moment jest za dużo znaków zapytania. Na pewno przez te siedem miesięcy zrobię wszystko, żeby ktokolwiek, kto stanie do tego wyścigu, zastał jak najbardziej komfortową sytuację.

Te kilka najbliższych miesięcy to może być próba generalna przed ewentualnym startem w wyborach...

Jeśli to rozpatrywać w kategorii lekcji, to na pewno. Czy jest mi to potrzebne? Czuję, że tak. Wiem, że ryzykuję, ale czuję się kompetentny. Mam wiedzę, znam ludzi. Te kilkadziesiąt lat pracy w mediach sportowych to moja przewaga. Ale powtarzam: niczego nie przesądzam.