Trochę to nielogiczne: Niemcy gwizdali na polską premier, gdy dekorowała ich rodaków? Ale niepokorni ustalili, a oni wiedzą lepiej, bo nie chodzą na mecze. Jeśli nawet gwizdali jacyś Polacy, co wydaje się niemożliwe, to na pewno nieuświadomieni politycznie i za niemieckie pieniądze.
Pani premier sama sobie winna. Przede wszystkim naruszyła zwyczajowe prawo, zgodnie z którym szefowie rządów na poważnych międzynarodowych imprezach nie biorą udziału w tego rodzaju ceremoniach.
To jest przywilej zarezerwowany dla głów państw, wręczających nagrody wspólnie z szefami międzynarodowych związków sportowych lub z byłymi wielkimi sportowcami.
Politykom się wydaje, że swoją obecnością na stadionie podniosą rangę imprezy i staną się bliżsi kibicom, którzy na nich głosują. To nic, że wielu polityków sport nie interesuje, nie wiedzą, kiedy wstawać z krzesełka, a kiedy siedzieć i co robić z biało-czerwonym szalikiem. Jeśli mecz jest ważny i transmituje go telewizja, to iść trzeba jak na wiec wyborczy.
Podczas meczów sportowcy grają o punkty i politycy też. Ale oni mogą więcej stracić, niż zyskać, jeśli ludzie potraktują ich jak obce ciało. Dostało się nawet Donaldowi Tuskowi, który był kibicem jako mało który polityk, grał w piłkę i jeździł na nartach.
Dużo wcześniej, jeszcze w czasach PRL, kiedy na Stadionie Śląskim w Chorzowie spiker (zresztą usłużny dziennikarz sportowy, któremu w stanie wojennym powierzono stanowisko redaktora naczelnego „Sportu") rzucał hasło: „Na cześć towarzysza Gierka trzykrotnie hip, hip, hurra", trybuny nie reagowały zgodnie z oczekiwaniami. Dawało się słyszeć gwizdy, choć ludzie jeszcze się bali. Jednak im bliżej końca PRL, tym strach był mniejszy.
I kiedy inni spikerzy w Chorzowie, Warszawie i gdziekolwiek informowali: gościmy dziś na stadionie prezydenta, ministra lub innego znanego polityka, po jego nazwisku trybuny huczały unisono: Wyp...! Trudno się dziwić, że zwyczaju tego zaniechano.
Dziś wraca. Gdy prezydent Andrzej Duda na skoczni w Zakopanem ściska ręce skoczkom, TVP Info przerywa program, żeby to pokazać. Premier Beata Szydło, niemająca nic wspólnego ze sportem, wręcza w Krakowie medale, więc kibice gwiżdżą, bo czują fałsz i koniunkturalizm.
Areny sportowe nie są bezpiecznym miejscem dla polityków, nawet jeśli czasem kibole pomagają im wygrać wybory.