Kończy się szczęśliwa passa kierowcy Ferrari, który bezustannie nawołuje zespół do poprawienia bolidu, wyraźnie ustępującego Red Bullom czy McLarenom. W pierwszej części sezonu Alonso perfekcyjnie wykorzystywał potknięcia rywali i powiększał przewagę w punktacji.
Po wakacyjnej przerwie w czterech wyścigach Hiszpan zdobył ledwie 30 punktów. Dwukrotnie nie dojechał do mety. W Belgii i Japonii dotarł zaledwie do pierwszego zakrętu i o ile na Spa-Francorchamps odpadł wskutek błędu Romaina Grosjeana, o tyle po wyścigu na Suzuce może mieć pretensje do siebie. Na dojeździe do pierwszego zakrętu zawadził kołem o przednie skrzydło samochodu Kimiego Raikkonena i z przebitą oponą wylądował na poboczu.
– Nie miałem miejsca i nie rozumiem, dlaczego Kimi nie zwolnił. Nie wiem, jaki miał pomysł na przejechanie pierwszego zakrętu, ale wyszło, jak wyszło, tym razem to ja miałem pecha – zżymał się Alonso. Tyle że to on zmieniał tor jazdy przed zakrętem, zjeżdżając pod koła rywala
Z prezentu skorzystał Vettel, którego samochód jest z wyścigu na wyścig szybszy. Obrońca tytułu prowadził od startu do mety. Tylko on w tym sezonie wygrał dwa wyścigi z rzędu.
– Nie chcę dziś rozmawiać o mistrzostwie – powiedział Vettel. – Fernando miał pecha, a w pozostałych pięciu wyścigach wszystko może się zdarzyć.
Mistrz świata wyraźnie nabrał wiatru w żagle. A Alonso zachowuje jeszcze spokój, cytując japońskiego samuraja z przełomu XVI i XVII wieku, Musashi Miyamoto: „Jeśli wróg myśli o górach, atakuj niczym morze; jeśli myśli o morzu, atakuj niczym góry." Pytanie tylko, co z amunicją Hiszpana.
Grand Prix Japonii:
1. S. Vettel (Niemcy, Red Bull) 1:28.56,242 godz.;
2. F. Massa (Brazylia, Ferrari) strata 20,6 s;
3. K. Kobayashi (Japonia, Sauber-Ferrari) 24,5 s.
Klasyfikacja generalna:
1. F. Alonso (Hiszpania, Ferrari) 194 pkt;
2. Vettel 190;
3. K. Raikkonen (Finlandia, Lotus-Renault) 157.