Powtarza pan, że był to najtrudniejszy finał ze wszystkich, trudniejszy od tego sprzed czterech lat z Jastrzębskim Węglem, kiedy o tytule decydował piąty mecz. Z czego wynika to przekonanie?
Jacek Nawrocki:
Każde kolejne mistrzostwo przychodzi trudniej. Rośnie presja, bagaż oczekiwań ciąży coraz bardziej. Pamiętajmy, że sezon zasadniczy zakończyliśmy, mając na koncie tylko dwie porażki. Ale wiedziałem, że z Zaksą nie pójdzie nam łatwo. To drużyna bez słabych punktów, potrafiąca odrzucić przeciwnika od siatki zagrywką.
Wydawało się, że mocniejszy skład ma Resovia i to ona zagra ze Skrą w finale...
Ktoś, kto ma takie strzelby jak Georgy Grozer czy Alech Achrem, może wygrać z każdym, ale ja stawiałem na siatkarzy z Kędzierzyna-Koźla. Znamy ich doskonale: Piotr Gacek, Jakub Jarosz i Dominik Witaczak byli przecież w Skrze.
Co zadecydowało o kolejnym sukcesie pańskiej drużyny?
Chyba to, że jest bardzo dobrze funkcjonującym organizmem. Każdy wnosi do tego zespołu coś cennego i wszyscy czują się potrzebni. Nie potrafię nikogo wyróżnić po tych finałach, bo wszyscy zasłużyli na słowa uznania, ale Stephane Antiga naprawdę perfekcyjnie zastąpił Michała Winiarskiego, który był naszą ostoją w najważniejszej fazie sezonu zasadniczego.
Prezes Skry wspominał o wzmocnieniach na przyszły sezon. Padały nazwiska wielkich gwiazd, Brazylijczyka Amarala Dante, Amerykanina Williama Priddy'ego. A pan kogo umieściłby na takiej liście?
Teraz jest czas na radość i zabawę, a o tym, czy szukać wzmocnień czy nie, pomyślimy później. Wygrane w Lidze Mistrzów z Trentino i Zenitem Kazaniem pokazały, że idziemy dobrą drogą. Zabrakło trochę szczęścia, by zagrać w Final Four, ale będziemy dalej pukać, aż tam wejdziemy.
Nie nudzą się już panu i zawodnikom kolejne tytuły mistrzów Polski?
Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Każdy następny tytuł smakuje bardziej, bo tylko my wiemy, jak ciężko go zdobyć.
—rozmawiał w Kędzierzynie-Koźlu Janusz Pindera