Rzeczpospolita: Co kolejny wyborczy sukces Viktora Orbána oznacza dla sportu?
Michał Listkiewicz: Ma większe znaczenie niż zwycięstwo jakiejkolwiek partii w Polsce. U nas politycy nie angażują się bezpośrednio w sprawy sportu. Orbán robi to osobiście. Jest zbawcą, sponsorem i parasolem ochronnym sportu. Jego filozofia polega na budowaniu podstaw. W ciągu siedmiu lat podwoiła się liczba zawodników zarejestrowanych w klubach.
Ale Węgrzy rzadko odnoszą sukcesy międzynarodowe...
Patrzy pan przez pryzmat piłki nożnej, która jest rzeczywiście słaba. Ale na igrzyskach w Londynie i Rio Węgrzy zdobyli więcej medali niż Polacy. Państwo postawiło na rozwój ośmiu–dziesięciu dyscyplin. Firmy, które zainwestują w kluby amatorskie lub sportową infrastrukturę, są zwalniane z podatków. Pod warunkiem, że nie wycofają się z tych inwestycji przez 10 lat.
A piłka nożna?
Orbán był piłkarzem. Grał w II lidze w FC Felcsut, klubie z jego rodzinnej wsi o tej samej nazwie, położonej w pobliżu Székesfehérvár. Był zawodnikiem jeszcze po powołaniu go pierwszy raz na urząd premiera. Miał 40 lat, kiedy w końcówce meczu wszedł z ławki rezerwowych, aby skutecznie wykonać rzut karny. W roku 2007 założył w Felcsut największą na Węgrzech akademię piłkarską, której patronem został Ferenc Puskas.
Podobno obiekty tej akademii są wyjątkowe. Widział je pan?
Czytaj więcej
Czy nabycie samochodu może być tak proste, jak zamówienie sprzętu online? O tym, jak wygląda transformacja tego sektora oraz jak należy odpowiedzie...
Byłem tam z Grzegorzem Latą, a oprowadzał nas sam Orbán. Nieduży stadion w drewnie robi imponujące wrażenie. To dzieło sztuki. Dostanie się do tej akademii to marzenie każdego węgierskiego chłopca kopiącego piłkę i jego rodziców. To instytucja łącząca cele sportowe z politycznymi. Do szkoły z internatem przyjmowane są zdolne węgierskie dzieci, mieszkające nie tylko w dzisiejszych granicach kraju, ale na Słowacji, ukraińskim Zaporożu, w rumuńskim Siedmiogrodzie czy serbskiej Wojwodinie. Wszystkim wpaja się kult Ferenca Puskasa i „Złotej jedenastki". Orbán zrobił dla bohaterów węgierskiego futbolu to, czego nie udało się w Polsce z Kazimierzem Górskim, a Węgrzy jeszcze na tym zarabiają.
Jaka jest różnica między PZPN a Węgierskim Związkiem Piłki Nożnej?
U nas wybory odbywają się demokratycznie. Tam prezesa związku wskazał Orbán. W roku 2010 powiedział, że trzeba zrobić porządek i wybrał Sandora Csanyiego, skarbnika partii Fidesz, prezesa banku OTP – największego w kraju. To jeden z najbogatszych Węgrów. On z kolei wskazał szefów związków regionalnych. Csanyi jest już wiceprezydentem FIFA i członkiem Komitetu Wykonawczego UEFA. Węgierski związek, w przeciwieństwie do PZPN, dzieli państwowe pieniądze na rozwój piłki. Każdy, kto chce budować klub, szkolić młodzież lub tworzyć infrastrukturę sportową, może wystąpić do związku z prośbą o dotacje. Jeśli argumenty są mocne, to pieniądze dostaje.
Rozmawiał pan z Orbánem?
W ubiegłym roku byłem delegatem na meczu eliminacyjnym MŚ Szwajcaria – Węgry w Bazylei. Orbánowi chciało się tam przyjechać. Był bez obstawy, więc podszedłem do niego w przerwie. Ręce załamywał, bo Węgrzy grali słabo. Ale kiedy po zwycięstwie nad Norwegią awansowali do finałów Euro, powiedział w telewizji tylko dwa zdania: – Miałem straszny sen. Śniło mi się, że jestem Norwegiem.