Rz: Kiedy na co dzień gra się przy 80 tysiącach kibiców, to mecz, kiedy będzie ich tylko 47 tysięcy, chyba nie paraliżuje?
Jakub Błaszczykowski: Lubię grać przed wielką publicznością. Każdy piłkarz poza marzeniami o tym, żeby mierzyć się z najlepszymi drużynami na świecie, chce też, by oglądało go jak najwięcej fanów, żeby była niesamowita atmosfera na trybunach. Nigdy nie zapomnę, że tak naprawdę pierwszy wielki mecz w karierze rozegrałem właśnie w Chorzowie przeciwko Portugalii i cała otoczka towarzysząca temu spotkaniu już zawsze będzie siedzieć w mojej głowie. Do tłumów w Dortmundzie musiałem przez jakiś czas się przyzwyczajać, zanim zrozumiałem, że w wielkim futbolu takie rzeczy muszą się dla mnie stać codziennością.
Kiedy dotarło do pana, że jest pan częścią wielkiego futbolu? Po transferze do Borussii?
Byłem wyróżniającym się piłkarzem w polskiej lidze, jednak to dopiero Leo Beenhakker spowodował, że tak naprawdę zrozumiałem, przed jak wielką stoję szansą. Dlatego wiadomość o tym, że Holender będzie z nami pracował przez kolejne dwa lata, bardzo mnie ucieszyła. Chciałbym mieć kontakt z tym trenerem jak najdłużej, bo chociaż to nie za jego kadencji debiutowałem w reprezentacji Polski, dopiero przy nim zacząłem grać dobrze. Na dzień dobry przegraliśmy z Finlandią i byłem przecież jednym z piłkarzy, którzy nie udźwignęli tego meczu, a jednak Beenhakker mnie nie skreślił, zaufał mi i to mnie bardzo podbudowało. Mecz z Portugalią przekonał chyba nawet największych niedowiarków, że może jednak coś z nas będzie. A ja jestem przekonany, że stadion w Chorzowie od soboty będzie nam wszystkim się kojarzył z kolejnym wielkim sukcesem.
Jesteście faworytami tego meczu. Woli pan, kiedy reprezentacja sprawia niespodziankę, pokonując znacznie silniejszego rywala, czy wygrywa spotkania, które wygrać powinna?