Dla Lecha i trenera Mariusza Rumaka mecz w Poznaniu z Islandczykami ze Stjarnan (wygrali u siebie 1:0) należy do gatunku tych o życie. Natomiast na Ruch Chorzów, który zagra w Danii, nie tylko mało kto liczy, ale nawet można odnieść wrażenie, że cała ta letnia awantura w pucharach nikomu w klubie nie jest na rękę.
Ruch trenowany przez Jana Kociana bez chociażby jednego zdobytego punktu zajmuje ostatnie miejsce w tabeli ekstraklasy – strzelił zaledwie jedną bramkę. W tym sezonie wygrał tylko jeden mecz – pierwsze spotkanie kwalifikacji Ligi Europy z Vaduz z Liechtensteinu.
Wydaje się, że przy Cichej mają znacznie poważniejsze problemy niż przejście duńskiego Esbjerg fB. Pierwszy mecz zakończył się bezbramkowym remisem i to Ruch był lepszą drużyną, stworzył sporo okazji, ale zabrakło precyzji i szczęścia (słupek). Co jednak z tego, skoro zaledwie trzy dni później zawodnicy Kociana zostali upokorzeni w Bielsku-Białej, gdzie przegrali aż 0:3. Ruch, który był największą sensacją poprzedniego sezonu, w tym jest drużyną upadłą.
Także Lech przystępować będzie do rewanżu po ligowej porażce – poznaniacy przegrywali do przerwy z Wisłą u siebie 0:2, w drugiej połowie odrobili straty, ale trzy minuty przed końcem to krakowianie zdobyli decydującego gola.
W przeciwieństwie do ekipy z Chorzowa dla Lecha dzisiejsze starcie to mecz sezonu. Odpadnięcie z Islandczykami oznaczać będzie trzęsienie ziemi w klubie, a pierwszą ofiarą zostanie trener Rumak.
Dla Lecha bowiem występy w fazie grupowej europejskich pucharów są absolutnym priorytetem z biznesowego punktu widzenia. Od dwóch lat Kolejorz musiał zaciskać pasa i radzić sobie bez pieniędzy z UEFA.
Dlatego dziś w Poznaniu nikt nie wyobraża sobie innego scenariusza niż przekonujące zwycięstwo nad rywalem z Islandii. Następnie będą gorliwe modły przed piątkowym losowaniem. W przypadku porażki nawet modlitwy nie pomogą.
Żadnego z rewanżowych spotkań nie zobaczymy w telewizji. Lech gra o 19.00 w Poznaniu, a Ruch o 18.00 w Esbjerg.