– Wierzcie mi, na boisku będzie mnóstwo rozrywki. Będziemy walczyć, grać i dobrze się bawić. Gwarantuję, że ten mecz pozostanie w pamięci i sercach kibiców – przekonywał Carlos Queiroz.
Dla selekcjonera Ghany to piąty mundial z rzędu. W 2010 r. prowadził Portugalię, a na trzech kolejnych turniejach Iran. Pracował również w Anglii, jako asystent Aleksa Fergusona w Manchesterze United. Ale o rozrywce ma raczej marne pojęcie, albo była to zasłona dymna, by zmylić rywala.
Czytaj więcej
Portugalia rozbiła Uzbekistan 5:0. Dwie bramki zdobył Cristiano Ronaldo, dając sygnał, że chętnie włączy się do wyścigu o koronę króla strzelców. M...
Anglia traci punkty, wielkie pudło Harry'ego Kane'a
O ile walkę jeszcze w Bostonie widzieliśmy, to trudno powiedzieć, żebyśmy w pakiecie dostali także dobrą zabawę. W pierwszej połowie nie zobaczyliśmy nawet celnego strzału, chociaż wszyscy liczyli na kolejne bramki Harry'ego Kane'a.
Ghana okopała się w obronie i oddała przeciwnikom inicjatywę. Statystyki nie kłamały: Anglicy przy piłce byli przez 80 proc. czasu. Ale z tej przewagi nic nie wynikało. Na pierwsze uderzenie w stronę bramki trzeba było czekać prawie godzinę.
– Nasi przeciwnicy mają znakomitych zawodników, doświadczenie z Premier League. Grają intensywnie, ale wiemy, jak to kontrolować – opowiadał Queiroz. I kontrolowali aż za bardzo. Trudno jednak mieć do jego graczy pretensje. Nie chcieli ponieść porażki z Anglikami i ten cel osiągnęli.
Kibice na trybunach bawili się całkiem nieźle, ale dla niezaangażowanego emocjonalnie widza ten mecz był raczej torturą. Skończył się, co było do przewidzenia, bezbramkowym remisem. I dostarczył paliwa tym, którzy od początku twierdzili, że zmiana formatu mundialu nie jest dobrym pomysłem (a FIFA już myśli o dalszej ekspansji).
Ciekawiej zrobiło się dopiero w samej końcówce, bo Anglicy chcieli wygrać za wszelką cenę. Nico O'Reilly trafił jednak w poprzeczkę, a po dobitce Kane'a piłka poszybowała wysoko nad bramką.