Wydawało się, że piękny sen kopciuszka z Norwegii, który wdarł się w tym sezonie na salony, będzie trwał. Przed tygodniem zespół Bodo/Glimt wygrał na własnym stadionie 3:0 i był już jedną nogą wśród ośmiu najlepszych drużyn Ligi Mistrzów, trzeba było tylko obronić przewagę z pierwszego meczu.
Piłkarze i kibice Sportingu wierzyli jednak, że da się odwrócić losy rywalizacji, a jak się bardzo wierzy, to czasem zdarzają się cuda. I tak się stało we wtorkowy wieczór w Lizbonie.
Znamy już pierwsze pary ćwierćfinałowe Ligi Mistrzów
Pierwszy gol mógł paść już w 3. minucie, ale Francisco Trincão z bliska uderzył nad poprzeczką. W ciągu dziesięciu pierwszych minut piłkarze Rui Borgesa oddali siedem strzałów, ale chociaż pod bramką Bodo/Glimt było groźnie, to straty zmniejszyły się dopiero w 34. minucie, po uderzeniu Gonçalo Inácio.
Minęło kolejne pół godziny gry i było już 2:0. Następne trafienie dla Sportingu było tylko kwestią czasu. Portugalczycy dopięli swego dziesięć minut przed końcem, gdy Luis Suárez wykorzystał rzut karny. Sprawę awansu rozstrzygnęli w dogrywce, zdobywając dwie kolejne bramki.