Król futbolu nie żyje. Brazylijczyk Pele miał 82 lata

Zmarł Pele, czyli Edson Arantes do Nascimento. Brazylijczyk, legenda i dla wielu najlepszy piłkarz w historii. Informację o śmierci w rozmowie z Associated Press potwierdził agent byłego piłkarza.

Publikacja: 29.12.2022 19:57

Król futbolu nie żyje. Brazylijczyk Pele miał 82 lata

Foto: AFP

 Jest taka słynna opowieść, być może wymyślona przez biografów Pelego, ale oddająca atmosferę, panującą w brazylijskich domach. Rok 1950, mecz decydujący o tytule mistrza świata. Na stadionie Maracana w Rio Brazylia gra z Urugwajem. Jest 100-procentowym faworytem, a jednak ponosi porażkę. 

Na stadionie płacze lub milczy 200 tysięcy ludzi. Przy odbiornikach radiowych – miliony Brazylijczyków. W mieście Bauru mieszka dziesięcioletni czarny chłopiec. Już na tyle duży, aby wiedzieć, że wydarzyła się tragedia narodowa. Przełykając łzy, mówi więc ojcu, że przyjdzie taki dzień, w którym zagra dla Brazylii i zdobędzie tytuł mistrza świata.

Ojciec tuli go, zapewne bez wiary, jak tysiące ojców w setkach brazylijskich miast, ale zaledwie osiem lat później Edson Arantes do Nascimento swoją obietnicę spełni. 

Za młody, by grać

Kiedy w roku 1958 Brazylijczycy udawali się w podróż na mistrzostwa świata do Szwecji, Pele miał już za sobą debiut w reprezentacji. Pierwszy raz wystąpił w niej 7 lipca 1957 roku przeciw Argentynie. Na Maracanie Brazylia przegrała 1:2, ale strzelcem tej jednej bramki był właśnie on. Miał wtedy 17 lat. 

Grał w klubie FC Santos i dopiero uczył się życia. I na boisku, i poza nim. Na boisku, mimo że nie był zbyt wysoki, wygrywał z roślejszymi obrońcami dzięki technice, szybkości i skoczności. Poza boiskiem, choć nie dorastał w takiej biedzie, o jakiej często się pisze, dopiero uczył się posługiwać nożem i widelcem. 

Na mistrzostwa świata pierwszy raz w życiu leciał samolotem. Brazylijczycy podróżowali do Szwecji przez Lizbonę, Rzym, Florencję, Mediolan i Kopenhagę. Trwało to tydzień, w czasie którego rozegrali mecze z Fiorentiną i Interem. Pele nie wziął w nich udziału z powodu kontuzji kolana, odniesionej w ostatnim sparingu w Brazylii i zastanawiano się nawet, czy nie odesłać go z Europy do domu.

Byłoby to jednak organizacyjnie dość skomplikowane i ostatecznie chłopak został z kadrą. Wprawdzie Brazylia rozpoczęła turniej nieźle – od zwycięstwa 3:0 nad Austrią, ale bezbramkowy remis z Anglią oznaczał, że do awansu potrzebne będzie zwycięstwo w trzecim spotkaniu, ze Związkiem Radzieckim.

Coś należało zmienić. Ale co i kogo? Jose Joao Altafini, zwany Mazzolą, strzelił dwie bramki w pierwszym meczu i właśnie kupił go AC Milan. Wydawało się, że jego pozycja jest niepodważalna. A jednak przed meczem z ZSRR starsi zawodnicy – Nilton Santos, Didi, Zito i Luiz Bellini poszli do trenera Vicente Feoli z prośbą, żeby wstawił do drużyny Pelego i Garrinchę. Trenera nie trzeba było przekonywać. 

Słynny masażysta Mario Americo, który był z Brazylią na siedmiu mistrzostwach świata (od 1950 r. do 1974 r.) pracował nad prawą nogą Pelego i okładał ją gorącymi ręcznikami. Powiedział, że Pele jest gotów do gry. Lekarz dr Hilton Gosling to potwierdził. 

Jednak psycholog kadry dr Joao Carvalhaes oświadczył, że on się pod taką decyzją nie podpisze. Z jego badań wynikało, że Pele jest jeszcze dzieckiem, nieprzygotowanym do poważnej walki, a Garrincha, delikatnie mówiąc, ma dość istotne zaburzenia osobowości. Feola odpowiedzialność za decyzję wziął na siebie.

15 czerwca 1958 roku w Göteborgu, zaczęła się nowa historia futbolu. Kiedy drobny, niemający jeszcze 18 lat Pele wychodził na boisko, kibice myśleli, że to maskotka Brazylijczyków. Gdy zdjął dres i w koszulce z numerem 10 stanął obok potężnych Rosjan, przez trybuny przeszedł szmer zdziwienia. 

Tym bardziej że kibice zobaczyli też drugiego nieznanego im gracza, który wyraźnie utykał. To był Garrincha – skrzydłowy z jedną nogą o kilka centymetrów krótszą od drugiej. Ten szmer przeszedł w burzę okrzyków i braw natychmiast po rozpoczęciu meczu. W pierwszych dwóch minutach w słupek trafił Garrincha, chwilę po nim Pele, a w trzeciej minucie Vava zdobył pierwszego gola dla Brazylii. Rosjanie byli mistrzami olimpijskimi z Melbourne (1956), mieli świetnych graczy z Lwem Jaszynem w bramce, Nikitą Simonianem, Walerym Iwanowem i Igorem Netto, jednak niewiele mogli zrobić. Borys Kuzniecow był uznanym w Europie obrońcą, ale Garrincha go ośmieszał. W końcówce meczu, kiedy Rosjanie rzucili się bez opamiętania do ataku, żeby odrobić stratę, Vava wbił im drugiego gola i canarinhos zwyciężyli 2:0.

Od tego dnia Brazylia grała już zupełnie inaczej, psycholog nie zabierał głosu, wszystko szło jak trzeba. W ćwierćfinale pokonała Walię 1:0 po golu Pelego, który nazwał tę bramkę „najważniejszą w karierze” (będzie jeszcze tak mówił o kilku innych).

Półfinał z Francją stał się manifestacją futbolu, którego sensem jest strzelanie bramek. Brazylia wygrała 5:2, a Pele zdobył pierwszego hat tricka w reprezentacji. W finale Brazylijczycy pokonali Szwecję 5:2. Tym razem zdobył dwie bramki.

Dobro narodowe

Tak wyglądały narodziny gwiazdy. Brazylia została mistrzem świata pierwszy raz, w szczególnym okresie swojej historii. Prezydent Juscelino Kubitschek realizował populistyczne hasło rozwoju Brazylii – „Pół wieku w pięć lat”. W jego programie mieściły się nieograniczone środki na prace Oscara Niemeyera i budowę nowej stolicy – Brasilii, ale i na futbol. Kubitschek dobrze wiedział czym jest piłka dla jego rodaków i byłby kiepskim politykiem, gdyby nie wziął tego pod uwagę. 

 Tuż po mistrzostwach w Szwecji brazylijski parlament podjął uchwałę uznającą Pelego i Garrinchę za „dobra narodowe”. Oznaczało to między innymi, że obydwaj nie mogą podróżować jednym samolotem, bo w wypadku katastrofy nie przeżyliby nie tylko oni, ale i cały naród. Nie ma się co dziwić. Kiedy grali razem, Brazylia nie przegrała ani jednego meczu. 

Pele rozpoczynał nowe życie. Wyznaczały je wydarzenia, świadczące o jego rosnącej pozycji już nie tylko w Brazylii, ale w całym świecie. W bardzo krótkim czasie ten nastolatek, którego pierwszą piłką była szmacianka, stał się jedną z najpopularniejszych postaci na całej planecie. 

Kiedy Brazylia w finale mundialu spotykała się ze Szwecją, okazało się, że nie ma drugiego kompletu koszulek. Ponieważ w żółtych grali Szwedzi, potrzebne były niebieskie. Kupiono je w przeddzień finału w sklepie sportowym w Göteborgu. Masażyści i lekarze przez noc przyszywali do nich emblematy i numery. 

Minęło kilka lat i firma Puma uszyła Pelemu specjalne buty piłkarskie z kangurzej skóry, o nazwie „King”, które stały się jednymi z najlepiej sprzedających się w historii. Ich kolejna wersja nadal jest w sklepach.

Brazylijczycy szybko się zorientowali, że mając mistrzów świata na eksporcie piłki można nieźle zarobić. FC Santos zawiesił udział w rozgrywkach stanowych. Zamiast tego odbywał trwające tygodniami tournée po całym świecie, spotykając się z tymi, którzy za to zapłacą. W maju 1960 roku przyjechali też do Polski. Na Stadionie Śląskim pokonali reprezentację Polski 5:2. Pele wbił dwie bramki. 

W Chorzowie oglądało ich 100 tysięcy ludzi. Kilka dni wcześniej, na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie FC Santos przeprowadził trening. Mimo że nie było wtedy Facebooka i Twittera, warszawiacy przekazywali sobie wiadomość pocztą pantoflową i na treningu zjawiło się około 5 tysięcy kibiców. Chcieli zobaczyć chłopaka z egzotycznego kraju, który w wieku 20 lat już był najlepszy na świecie, bo „kiwał” i strzelał jak nikt inny.

Edward Ałaszewski, przedwojenny piłkarz ligowy, a potem najsłynniejszy karykaturzysta sportowców narysował wtedy Pelego, który specjalnie na jego prośbę wykonał strzał przewrotką, nazywany potocznie „nożycami Pelego”. Już w XXI wieku Pele przyjechał do Warszawy ponownie, tym razem jako osoba reklamująca Bank Zachodni WBK. Ale na konferencji prasowej zjawiło się niewielu dziennikarzy.

W styczniu 1969 roku FC Santos wyjechał na kilka meczów do Afryki. Kongo Kinszasa (dziś Demokratyczna Republika Konga) i Kongo Brazzaville (dziś Kongo) znajdowały się w stanie wojny, jednak z okazji przyjazdu Pelego ogłoszono zawieszenie broni. Mecze rozegrano i w Kinszasie, i w Brazzaville, a żołnierze obydwu krajów eskortowali drużynę z najsłynniejszym piłkarzem świata. Po jej odjeździe powrócili na front i znowu zaczęli się zabijać. 

W listopadzie tego samego roku Pele strzelił na Maracanie tysięczną bramkę w karierze. To było wydarzenie, o którym mówił cały świat. Wciąż piłkarzy, którzy przekroczyli tę barierę, jest niewielu. Brazylijska poczta wydała znaczek poświęcony temu wydarzeniu. 

W roku 1962 Pele wywalczył swój drugi tytuł mistrza świata, mimo że na początku turnieju w Chile doznał kontuzji. Cztery lata później Brazylia jechała do Anglii po trzeci tytuł, odpadła jednak już po pierwszej rundzie. Drużyna nie miała dobrego bramkarza, a obrońcy Bułgarii i Portugalii licytowali się, kto wyrządzi Pelemu większą krzywdę. Wygrał Portugalczyk Morais. Dziś wyleciałby z boiska. Wtedy uszło mu to na sucho. 

Mistrzostwa w Anglii były pierwszymi, transmitowanymi przez telewizję na cały świat, więc miliony kibiców zobaczyło Pelego. Był Leo Messim i Cristiano Ronaldo tamtych czasów. Miał 26 lat, był u szczytu formy, a jednak przegrał.

Zdjęcie sponiewieranego Pelego i stojącego nad nim ze współczuciem Portugalczyka Eusebio – „Pelego Europy” było znane na całym świecie. Wydawało się, że Król z konieczności abdykuje.

Nie grał w reprezentacji przez kilka lat. Koncentrował się na zarabianiu w klubie, na reklamach i podróżach biznesowych. A jednak wrócił i w roku 1970 wywalczył z Brazylią trzeci tytuł mistrza świata. 

 Nie udało się to żadnemu innemu piłkarzowi. Mało tego, pokonał Urugwaj, spełniając obietnicę z dzieciństwa. Była też akcja z finału, zakończona czwartą bramką dla Brazylii. Strzelił ją prawy obrońca Carlos Alberto, z podania Pelego, ale nim do tego doszło, Brazylijczycy bawili się piłką, wymienili dziesięć podań w ciągu 30 sekund. Tę bramkę FIFA uznała za najpiękniejszą w XX wieku. Czego byśmy nie dotknęli z czasów romantycznego futbolu, to łączy się z Pele.

Być może jego kariera byłaby jeszcze efektowniejsza, gdyby zdecydował się na transfer do klubu w Europie. A chciały go wszystkie najlepsze. On był jednak wierny Santosowi. Dopiero w roku 1974, skuszony pieniędzmi przeszedł do Cosmosu Nowy Jork, założonego przez amerykańskich biznesmenów tureckiego pochodzenia. Grał tam przez trzy lata, m.in. z Franzem Beckenbauerem, przyczyniając się do rozwoju piłki nożnej w Stanach Zjednoczonych. 

Obliczono, że rozegrał 1363 mecze, w których strzelił 1281 bramek. Dla Brazylii 77 w 92 występach.

Na wozie i pod wozem

Pele był przyjmowany w Białym Domu, przyjaźnił się z Henrym Kissingerem, Nelsonem Mandelą. Angażował się w wiele akcji charytatywnych. Był ambasadorem UNICEF. Pełnił funkcję ministra sportu Brazylii. Międzynarodowy Komitet Olimpijski przyznał mu tytuł najlepszego sportowca XX wieku. Zarobił miliony i je stracił, oszukiwany przez nieuczciwych biznesmenów. I znowu zarobił. 

Podróżował po całym świecie, witany wszędzie nie tylko jak Król, ale i przyjaciel, mający dla każdego dobre słowo. Pod tym względem na pewno różnił się od Diego Maradony, innego geniusza pretendującego do miana najlepszego piłkarza w historii. Nawet kiedy składał podpis na kartce, koszulce czy bilecie, często przed słowem Pele dodawał – Dla przyjaciela. 

W życiu prywatnym różnie mu się wiodło. Dwukrotnie się rozwodził, a jego syn trafił do więzienia za handel narkotykami. Od kilku lat miał kłopoty zdrowotne, przez pewien czas poruszał się na wózku. 

Z mistrzów świata z roku 1958 żyją jeszcze tylko: Mario Zagallo (91 lat), Dino Sani (90) i Jose Altafini „Mazzola” (84 lata). 

 Jest taka słynna opowieść, być może wymyślona przez biografów Pelego, ale oddająca atmosferę, panującą w brazylijskich domach. Rok 1950, mecz decydujący o tytule mistrza świata. Na stadionie Maracana w Rio Brazylia gra z Urugwajem. Jest 100-procentowym faworytem, a jednak ponosi porażkę. 

Na stadionie płacze lub milczy 200 tysięcy ludzi. Przy odbiornikach radiowych – miliony Brazylijczyków. W mieście Bauru mieszka dziesięcioletni czarny chłopiec. Już na tyle duży, aby wiedzieć, że wydarzyła się tragedia narodowa. Przełykając łzy, mówi więc ojcu, że przyjdzie taki dzień, w którym zagra dla Brazylii i zdobędzie tytuł mistrza świata.

Pozostało 94% artykułu
Piłka nożna
Zbigniew Jakubas śni o potędze. Motor Lublin zagra w Ekstraklasie
Materiał Promocyjny
Naszą siłą jest różnorodność
Piłka nożna
AC Milan pytał o Polaka. Matty Cash może zmienić klub
Piłka nożna
Euro 2024. To nie zdarzyło się od 40 lat. Czy marzenie Niemców się spełni?
Piłka nożna
Euro 2024. Erik Janža, kapitan Górnika, bohaterem Słoweńców. „To nie jest jego sufit”
Akcje Specjalne
Dekarbonizacja gospodarki bez wodoru będzie bardzo trudna
Piłka nożna
Utracona chwała Albionu. Historia reprezentacji Anglii
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży