Smolarek strzela dwa razy, jesteśmy w Europie

Polska - Belgia 2:0. Awans Polacy zapewnili sobie już od początku drugiej połowy. Pierwsza była koszmarem, ale w końcu szczęście zaczęło szukać Euzebiusza Smolarka. Strzelił pierwszego gola tuż przed przerwą, drugiego tuż po niej. Środowy mecz z Serbią niczego już nie zmieni. Losowanie grup finałów w Austrii i Szwajcarii 2 grudnia - pisze z Chorzowa dziennikarz "Rzeczpospolitej".

Aktualizacja: 19.11.2007 12:54 Publikacja: 17.11.2007 20:02

Smolarek strzela dwa razy, jesteśmy w Europie

Foto: Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak

Sygnał do wielkiej fety dał sędzia techniczny. Kilka minut przed końcem pokazał na tablicy, że z boiska ma zejść piłkarz z numerem 7 na biało-czerwonej koszulce, czyli Ebi Smolarek. Nie wszyscy kibice zorientowali się od razu, co należy zrobić, więc Leo Beenhakker im podpowiedział. Odszedł na kilka metrów od ławki rezerwowych i wyraźnie pokazał wszystkim: schodzi bohater eliminacji, pokażcie mu, jak go kochacie.

Tylko po to Holender zrobił tę zmianę, nie został mu już po niej na boisku żaden napastnik. Sam poczekał na Ebiego przy linii bocznej, wziął go na ręce, podniósł w górę, potem wyściskał. Za te dwie bramki, które postawiły pieczęć na awansie, i za siedem poprzednich w eliminacjach. Kibice po raz trzeci tego wieczoru zaśpiewali hymn, potem długo i głośno skandowali „Leo! Leo!” i w końcu „Dziękujemy!”, gdy sędzia skończył mecz.

Piłkarze wybiegli wtedy na środek boiska, stanęli w kółku, jakby chcieli kogoś podrzucać. Ale nie mieli kogo, bo Beenhakker już uciekał do szatni. Chciał zostawić scenę tylko dla nich, ale zatrzymał się w pół drogi na prośbę reportera TVP. Dzięki temu wszyscy zobaczyli wzruszonego Holendra, a piłkarze mogli zrobić to, co planowali. Podrzucili Beenhakkera kilka razy. Na rundę honorową po stadionie zostali już sami. Reflektory przygasły, z głośników popłynęło „We Are The Champions”. Dariusz Dudka z nogą w gipsie na początku kuśtykał za kolegami o kulach, potem wylądował na ramionach Grzegorza Rasiaka. Każda część trybun dostała swoje pięć minut radości z piłkarzami. Tak się świętuje pierwszy awans na mistrzostwa Europy.

Nerwy pierwszej połowy i nuda drugiej poszły w niepamięć. Jacek Krzynówek przyznał pod szatnią: – Graliśmy po prostu źle. Natomiast Michał Żewłakow opowiadał, że w przerwie trener zrobił wykład podniesionym głosem. W pierwszej połowie Beenhakker kilka razy stawał niedaleko linii bocznej i pokazywał im, że są za daleko od siebie, że przyjechali tu grać w piłkę, a nie za nią biegać. Że mają być całością, a nie tylko jedenastoma częściami. Nic nie pomagało, nerwy były mocniejszym doradcą.

Szacunek dla Ebiego. Ośmiu na dziesięciu napastników kopnęłoby w takiej sytuacji piłkę z całej siły, a on zrobił to technicznie, nad bramkarzem - Michał Żewłakow

Tak ważne mecze rzadko są ładne, a ten bardzo przypominał spotkanie z Chorzowa sprzed sześciu lat, gdy wygrywając z Norwegami, Polacy po 16 latach przerwy wracali na mundial. Wówczas też w pierwszej połowie to rywale grali tak, jakby oni walczyli o awans, nasza drużyna miała problemy z oddaniem strzału w stronę bramki, ale w ostatniej minucie przed przerwą zdobyła gola w dość przypadkowych okolicznościach. Sześć lat temu zrobił to Paweł Kryszałowicz, w sobotę Smolarek: piłkę podał mu Jan Vertonghen, który kopnął w stronę własnego bramkarza za lekko i niecelnie. Ebi ruszył do przodu, Stijn Stijnen wybiegł z bramki, zrobił wślizg, ale za późno. Smolarek został sam z piłką, miał kilkanaście metrów do bramki i jeszcze zanim strzelił, trybuny ryknęły: „Jest!”.

Koledzy pozwolili Ebiemu cieszyć się chwilę samemu. Zanim przybiegli, Smolarek stanął przed trybuną za bramką, przystawił dłoń do czoła, jakby szukał kogoś wśród widzów – ojciec Włodzimierz tym razem musiał zostać w Rotterdamie – zasalutował i wyciągnął rękę w górę, jak siedem razy wcześniej w tych eliminacjach.

Dziewiąty raz zrobił to w 50. minucie, po bramce, która dawała pewność, że nic złego Polakom stać się już tego wieczoru nie może. Tym razem bohaterów było dwóch. W narożniku boiska gratulacje odbierał Smolarek, a druga grupa świętujących zebrała się przy ławce, by dziękować Jakubowi Błaszczykowskiemu. Pomocnik Borussii Dortmund wszedł na boisko po przerwie i w pięć minut zrobił więcej niż Wojciech Łobodziński, którego zmienił, przez całą połowę. To Błaszczykowski zaczął akcję, po której padł gol. Podał do Jacka Krzynówka, jego strzał Stijnen odbił przed siebie – tam gdzie na piłkę już czekał Smolarek.

– Szacunek dla Ebiego. Ośmiu na dziesięciu napastników kopnęłoby w takiej sytuacji piłkę z całej siły, a on zrobił to technicznie, nad bramkarzem – mówił po meczu Michał Żewłakow. Bez niego też nie byłoby tego zwycięstwa. Żewłakow jako jedyny z obrońców nie popełniał błędów i razem z Arturem Borucem ratował zespół w pierwszej połowie. Boruc dobrze obronił strzał Moussy Dembele i świetne uderzenie Vertonghena z rzutu wolnego.

W drugiej połowie to wszystko przestało być ważne, podobnie jak przełożenie meczu Serbów z Kazachami w zasypanym śniegiem Belgradzie. Polacy zagrają tam z Serbami w środę. Spotkanie to będzie decydowało tylko o tym, czy awansują z pierwszego czy z drugiego miejsca, ale warto wygrać, bo to w losowaniu grup finałowych 2 grudnia może dać miejsce nie w czwartym, ale w trzecim koszyku.

Beenhakker jeszcze przed powrotem do hotelu na bankiet (gościem był m.in. trener siatkarzy Raul Lozano) stanowczo zapowiedział, że taka porażka jak z Białorusią w ostatnim meczu eliminacji MŚ 2002 nie ma prawa się w Belgradzie powtórzyć. Zarządził nawet trening w niedzielę na 11, ale gdy cały autobus zaczął śpiewać: „Nie ma treningu, hej Leo, nie ma treningu!”, wiedział już, że akurat tej walki nie wygra, i przełożył zajęcia na popołudnie.

Jacek Krzynówek

Jeszcze to do nas nie dociera, trudno znaleźć odpowiednie słowa: jedziemy na Euro, udało się, radość jest wielka. Z Belgami zagraliśmy zupełnie nie tak, jak chciał trener, ale tak się ułożyło, że wygraliśmy. Przeżyłem już awans na dwa mundiale, ale teraz radość była chyba największa. Od meczu z Serbią już zaczynamy przygotowania do mistrzostw Europy. W szatni był szampan, uściski, dziękowaliśmy i gratulowaliśmy trenerowi. Ja akurat nie zdążyłem dobiec, jak chłopcy podrzucali Leo przy tunelu. Z gratulacjami dla Ebiego też musieliśmy poczekać, aż znajdziemy się w autobusie i potem na kolacji w hotelu, bo z szatni wyszedł bocznym wyjściem. Dziękujemy wszystkim, którzy się od nas nie odwrócili, gdy przegraliśmy z Finlandią. Wtedy były głosy, żeby reprezentację rozwiązać, a trenera zwolnić. Teraz wszyscy noszą nas na rękach.

Michał Żewłakow

Zrobiliśmy wszystkim dużo frajdy, sobie też. Nie chcę nas porównywać z tymi polskimi reprezentacjami, które miały sukcesy w mistrzostwach świata, ale w Euro nie grały. To były wtedy inne mistrzostwa Europy, inne eliminacje. Porównania nie mają sensu, my już tamtych spotkań nie pamiętamy. W meczu z Belgami mieliśmy szczęście, rywale pokazali, że mają przed sobą jasną przyszłość. Ale to my strzeliliśmy bramki, a nie straciliśmy żadnej. Po tym się rozpoznaje klasę drużyny. Nie wypadało zawieść takiej publiczności. W przerwie trener zaprosił nas na męską rozmowę. Musiał zebrać w całość drużynę, która się rozsypała. Udało się, w drugiej połowie było dużo lepiej.

Jacek Bąk

Cieszymy się z dwóch bramek, bo mecz był, jaki był. Nie układał nam się, ale tak bywa. Najważniejsze, że zagramy w Euro. Wiem, że w reprezentacji zostało mi już niewiele meczów, młodszy nie będę. Jesteśmy dumni, Leo to wielki fachowiec. Ryzykowałem czerwoną kartkę przy faulu na Kevinie Mirallasie w pierwszej połowie, ale sędzia na szczęście pokazał tylko żółtą. Nie mogłem inaczej, zobaczyłem, że Michał Żewłakow został ze mną w linii i groziło nam, że jak Mirallas nas minie, to będzie nieciekawie. Musiałem faulować. Potem Ebi zrobił swoje i jesteśmy w finałach. Dla mnie to może być już trzecia wielka impreza, chciałbym nie wracać z niej tak szybko, jak z poprzednich.

Michał Listkiewicz, prezes PZPN

Było nerwowo, ale nie mam żadnych wątpliwości, że to nam należało się zwycięstwo. Byliśmy jak dobry bokser, który zada dwa ciosy, a potem czeka spokojnie do gongu. Piłkarze pokazali dojrzałość, widać że to już nie jest drużyna grająca zrywami, ale pewna swojej wartości. Robili tak, jak uczy Leo: jak wam się nie udało dwadzieścia akcji, róbcie dalej swoje, może dwudziesta pierwsza się uda. Pan Kazimierz Górski pewnie patrzy na nas z góry i się uśmiecha. On też po awansie do mistrzostw zachował się tak, jak Leo w Chorzowie: nie wysuwał się na pierwszy plan. Leo to wspaniały człowiek i w sobotę znów to pokazał. Cieszę się, że nie będziemy musieli wozić szampana na Serbię, ale tam też warto się pokazać z dobrej strony. Jestem pewien, że nie będzie tak jak sześć lat temu na Białorusi, gdy po zapewnieniu sobie awansu w poprzednim meczu, dostaliśmy straszne baty. Premię za awans, 1,5 miliona, zostawiamy w dolarach, bo w takiej walucie rozlicza się z nami nasz sponsor. Na szczęście kurs w ostatnich dniach poszedł lekko w górę. Ja się cieszę z tego, że za mojej kadencji wywalczyliśmy już trzeci awans i może jak ktoś kiedyś będzie pisał książkę o historii polskiej piłki, to wyniki na boisku za mojej prezesury doceni. Jestem szczęśliwy, bo nikt mi tym razem podczas meczu nie ubliżał. Może wraca normalność. Stadion Śląski znów się okazał magiczny.

Bramki: E. Smolarek (45, 50). Żółte kartki: J. Bąk, J. Błaszczykowski (Polska). Sędziował Claus Bo Larsen (Dania). Widzów 47 000.

Polska: Boruc – Wasilewski, Żewłakow, Bąk, Bronowicki – Łobodziński (46, Błaszczykowski), Lewandowski, Sobolewski, Krzynówek, Smolarek (85, Kosowski) – Żurawski (82, Murawski).

Belgia: Stijnen – Gillet, Kompany, Van Buyten, Vertonghen – Defour (61, Pieroni), Fellaini, Haroun (84, Geraerts), Goor – Dembele, Mirallas (77, Huysegems).

Bramki – dla Finlandii: M. Forssell (79), S. Kuqi (85); dla Azerbejdżanu: M. Gurbanov (63). Żółte kartki: P. Pasanen (Finlandia); U. Nduka, M. Gurbanov, B. Subasić, E. Alijew (Azerbejdżan). Sędziował Alain Hamer (Luksemburg). Widzów 10 325.

Finlandia: Jasskelainen – Pasanen, Hyypia, Tihinen, Kallio (66, Vayrynen) – Tainio, Kolkka, Sjoelund, Eremenko (79, Kuqi) – Forssell, Johansson (59, Litmanen).

Azerbejdżan: Welijew – Yunisoglu, Nduka (46, Alijew), Sadykow, Abbasow – Gurbanow, Ramazanow, Subasić, Tagizade – Magerramow, Gulijew (61, Ladaga).

Bramka: H. Almeida (42). Żółte kartki: Bosingwa, M. Caneira (Portugalia); R. Arzumanjan, L. Paczajan (Armenia). Sędziował Mike Riley (Anglia). Widzów 22 048.

Portugalia: Ricardo – Bosingwa, Caneira, Meira, Alves – Veloso, Maniche, Ronaldo, Sabrosa (77, Nani), Quaresma (60, Fernandes) – Almeida (68, Makukula).

Armenia: Berezowski – Dochojan, Howsepjan, Arzumanjan, Arakeljan, Tadewosjan – Karamjan (76, Mkrtczjan), Woskanjan, Pachajan, Chaczatrjan (59, Mchitarjan) – Melkonjan (63, Manuczarjan).

1. Polska 13 27 22:10

2. Portugalia 13 26 24:10

3. Finlandia 13 23 13:7

4. Serbia 12 20 19:9

5. Belgia 13 15 13:16

6. Armenia 11 9 4:12

7. Kazachstan 12 7 10:20

8. Azerbejdżan 11 5 6:27

Sygnał do wielkiej fety dał sędzia techniczny. Kilka minut przed końcem pokazał na tablicy, że z boiska ma zejść piłkarz z numerem 7 na biało-czerwonej koszulce, czyli Ebi Smolarek. Nie wszyscy kibice zorientowali się od razu, co należy zrobić, więc Leo Beenhakker im podpowiedział. Odszedł na kilka metrów od ławki rezerwowych i wyraźnie pokazał wszystkim: schodzi bohater eliminacji, pokażcie mu, jak go kochacie.

Tylko po to Holender zrobił tę zmianę, nie został mu już po niej na boisku żaden napastnik. Sam poczekał na Ebiego przy linii bocznej, wziął go na ręce, podniósł w górę, potem wyściskał. Za te dwie bramki, które postawiły pieczęć na awansie, i za siedem poprzednich w eliminacjach. Kibice po raz trzeci tego wieczoru zaśpiewali hymn, potem długo i głośno skandowali „Leo! Leo!” i w końcu „Dziękujemy!”, gdy sędzia skończył mecz.

Pozostało jeszcze 91% artykułu
Piłka nożna
Cezary Kulesza nie uwiódł Europy. Przegrał wybory do władz UEFA
Materiał Partnera
Warunki rozwoju OZE w samorządach i korzyści z tego płynące
Piłka nożna
Superpuchar Polski. Tak skromnie na PGE Narodowym jeszcze nie było
Piłka nożna
Barcelona - Real w finale Pucharu Króla. Czy zobaczymy aż trzy El Clasico w ciągu miesiąca?
Piłka nożna
Piłka nożna bez kibiców. Jagiellonia Białystok zdobyła Superpuchar Polski
Materiał Partnera
Konieczność transformacji energetycznej i rola samorządów
Piłka nożna
Niespodzianki nie było. O Puchar Polski zagrają Pogoń Szczecin i Legia Warszawa