Sygnał do wielkiej fety dał sędzia techniczny. Kilka minut przed końcem pokazał na tablicy, że z boiska ma zejść piłkarz z numerem 7 na biało-czerwonej koszulce, czyli Ebi Smolarek. Nie wszyscy kibice zorientowali się od razu, co należy zrobić, więc Leo Beenhakker im podpowiedział. Odszedł na kilka metrów od ławki rezerwowych i wyraźnie pokazał wszystkim: schodzi bohater eliminacji, pokażcie mu, jak go kochacie.
Tylko po to Holender zrobił tę zmianę, nie został mu już po niej na boisku żaden napastnik. Sam poczekał na Ebiego przy linii bocznej, wziął go na ręce, podniósł w górę, potem wyściskał. Za te dwie bramki, które postawiły pieczęć na awansie, i za siedem poprzednich w eliminacjach. Kibice po raz trzeci tego wieczoru zaśpiewali hymn, potem długo i głośno skandowali „Leo! Leo!” i w końcu „Dziękujemy!”, gdy sędzia skończył mecz.
Piłkarze wybiegli wtedy na środek boiska, stanęli w kółku, jakby chcieli kogoś podrzucać. Ale nie mieli kogo, bo Beenhakker już uciekał do szatni. Chciał zostawić scenę tylko dla nich, ale zatrzymał się w pół drogi na prośbę reportera TVP. Dzięki temu wszyscy zobaczyli wzruszonego Holendra, a piłkarze mogli zrobić to, co planowali. Podrzucili Beenhakkera kilka razy. Na rundę honorową po stadionie zostali już sami. Reflektory przygasły, z głośników popłynęło „We Are The Champions”. Dariusz Dudka z nogą w gipsie na początku kuśtykał za kolegami o kulach, potem wylądował na ramionach Grzegorza Rasiaka. Każda część trybun dostała swoje pięć minut radości z piłkarzami. Tak się świętuje pierwszy awans na mistrzostwa Europy.
Nerwy pierwszej połowy i nuda drugiej poszły w niepamięć. Jacek Krzynówek przyznał pod szatnią: – Graliśmy po prostu źle. Natomiast Michał Żewłakow opowiadał, że w przerwie trener zrobił wykład podniesionym głosem. W pierwszej połowie Beenhakker kilka razy stawał niedaleko linii bocznej i pokazywał im, że są za daleko od siebie, że przyjechali tu grać w piłkę, a nie za nią biegać. Że mają być całością, a nie tylko jedenastoma częściami. Nic nie pomagało, nerwy były mocniejszym doradcą.
Szacunek dla Ebiego. Ośmiu na dziesięciu napastników kopnęłoby w takiej sytuacji piłkę z całej siły, a on zrobił to technicznie, nad bramkarzem - Michał Żewłakow