Rz: Przynajmniej jeden zawodnik przyjechał do Serbii odpowiednio zmobilizowany. Zapewne mimo wywalczonego awansu będzie chciał się pan pokazać z dobrej strony na stadionie, na którym trenuje pan na co dzień?
Grzegorz Bronowicki: Nie wyobrażam sobie, by któryś z moich kolegów nie chciał się pokazać z jak najlepszej strony. To, że wygraliśmy z Belgią, jest naszym olbrzymim sukcesem, ale przecież każdy mecz w reprezentacji jest wyjątkowym wydarzeniem. Z Leo Beenhakkerem dokładnie ustaliliśmy, kiedy się bawimy, a kiedy wracamy do treningu i przygotowań do meczu z Serbią. To fakt, że przed sobotnim spotkaniem nie myśleliśmy zbytnio o tym, co nas czeka w Belgradzie, ale to chyba naturalne. Do szczęścia wystarczało nam zwycięstwo nad Belgią.
Serbowie wierzą jeszcze w awans?
Wierzyli w to, że możemy przyjechać tutaj walczyć o awans. Wtedy rzeczywiście mogli być groźni, bo na własnym boisku to naprawdę dobra drużyna. Jednak teraz... Trochę zaskakuje mnie, jak w swoich piłkarzy nie wierzą kibice. W mediach cisza o reprezentacji, jakby w ogóle się już nie liczyła. W Polsce w porównaniu z Serbią było po prostu szaleństwo, czuliśmy presję niezależnie od tego, czy wygrywaliśmy czy nie. W Belgradzie jakby w ogóle się piłką nie interesowali. Nawet w szatni koledzy za bardzo się nie dopytywali o atmosferę w polskiej kadrze.
A nie proponowali panu miliona euro za porażkę z Belgią?