Trener Steve McClaren zszedł do szatni jako jeden z pierwszych, i tak by nikomu nie patrzeć w oczy. Piłkarze albo trzymali się za głowy, albo poklepywali po ramieniu, a na trybunach Wembley gwizdał każdy, kto jeszcze był w stanie.
Anglicy stracili awans w meczu, w którym wystarczał im remis, z drużyną grającą już tylko o mołojecką sławę, a do tego stracili go zupełnie zasłużenie. Ich miejsce w finałach zajmie Rosja.
Beznadziejni, nieszczęśni, bezradni” („Hopeless, hapless, helpless”) zatytułował relację z meczu „Guardian”. Anglicy przegrywali 0:2, dogonili Chorwatów po bramkach Franka Lamparda i Petera Croucha, ale w finałach byli tylko przez 12 minut. Na bramkę rezerwowego Mladena Petricia w 77. nie potrafili już znaleźć odpowiedzi.
Najciekawsze, że to trener gości Slaven Bilić do ostatnich minut skakał przy linii bocznej, wybiegał nawet poza dozwoloną strefę, by podpowiedzieć swoim piłkarzom jak mają grać, a McClaren siedział na swoim miejscu, pogodzony z losem.
Trener mówi, że nie poda się do dymisji, ale dzisiaj działacze angielskiej federacji zbierają się na posiedzeniu do spraw nagłych i mogą mieć inne zdanie. W ostatnich 30 latach Anglicy tylko dwukrotnie oglądali wielkie turnieje z boku: mistrzostwa Europy w 1984 roku i mundial w 1994. Kibice żądają rozliczeń, a McClarena nie usprawiedliwia nic. Asystent Svena Gorana Erikssona okazał się równie bezbarwny, jak jego były szef, tylko znacznie mniej skuteczny.