[b]Rz: Pamięta pan pierwszy trening po kontuzji?[/b]
[b]Marcin Wasilewski:[/b] To było coś pięknego. Trening jest jak święto. Gdy schodzę z boiska zlany potem, nie mogę się doczekać następnego.
[b]Gdy się ogląda raz jeszcze, jak Axel Witsel łamie panu nogę, trudno uwierzyć, że pan gra ...[/b]
Każdy ma swoją miarę cierpienia, tego, jak je znosi i ile ma siły, by walczyć. Są kontuzje, po których nie da się wrócić do normalnego życia, jednak jeśli jest szansa, każdy sportowiec zrobi wszystko, by ją wykorzystać.
„Co mnie nie zabije, to wzmocni” – pisał pan do znajomych. Jest pan mocniejszy?
Nie wraca się do gry tylko przez rehabilitację. To trzeba mieć w głowie: determinację i wolę walki. Tego mi nie brakowało.
[b]Dużo było chwil zwątpienia?[/b]
Po drugiej operacji pozbierać się było znacznie trudniej. Pomagała mi myśl, że znów będę mógł robić to, co kocham. I rodzina.
[b]Po meczu z Waregem mówią: wrócił stary Wasyl. Zagrał pan od pierwszej minuty, strzelił gola i dostał żółtą kartkę.[/b]
Sędzia rozdawał kartki na lewo i prawo. Wcześniej nawet nie faulowałem. Gol oczywiście cieszy, to że zagrałem 90 minut – jeszcze bardziej. A już najbardziej, że nie boli noga.
[b]Kiedy widzi pan przeciwnika, który zamierza odebrać panu piłkę, nie ma zawahania?[/b]
Na razie nie.
[b]Podobno rozmawiał z panem trener Franciszek Smuda...[/b]
Rozmawialiśmy kilka dni temu i wiem, co muszę zrobić, żeby wrócić do reprezentacji.
[i]—rozmawiał Michał Kołodziejczyk[/i]