Wydawałoby się, że już muszą spowszednieć. Ile można: Messi kontra Cristiano, Mourinho kontra jego wrogowie, mroczny żniwiarz Pepe kontra symulanci z Barcelony, mit niepokalanej Barcy kontra mit zaprzedającego duszę Realu. Dostajemy to ostatnio całymi seriami, o różną stawkę. Ligową, pucharową, superpucharową, już trudno spamiętać, która awantura była w którym meczu. Ale oderwać się od tego jeszcze trudniej.
Spokojne Gran Derbi? Nie w dzisiejszej Hiszpanii, w której wystarczy iskra. Nie w kraju, w którym w Madrycie policja strzela do demonstrantów z broni gładkolufowej, a w Barcelonie myślą o tym, żeby jednak oderwać Katalonię od reszty.
I nie tam, gdzie spotyka się dwóch zranionych: Real tracący już osiem punktów do lidera, zajęty ciągłym gaszeniem pożarów w drużynie i Barcelona, która przegrała tylko jeden mecz sezonu, ale właśnie z Realem i jest w takiej sytuacji jak jeszcze niedawno jej rywal: co z tego, że zdobędzie mistrzostwo, jeśli nie wygra Gran Derbi.
Przegrała je wiosną na Camp Nou, pozwalając Realowi postawić pieczęć na tytule, niedawno przegrała rewanż Superpucharu i dała sobie odebrać również to trofeum.
Jeśli przegra Real, to ligowy wyścig będzie właściwie rozstrzygnięty, zanim się naprawdę zaczął. Jeśli przegra Barcelona, to kibice zaczną się głośniej zastanawiać, czy Tito Vilanova na pewno jest trenerem na najtrudniejsze chwile, mimo że wygrał wszystkie sześć meczów w lidze, obydwa w Lidze Mistrzów i w niedzielę walczy o rekord. Siedmiu zwycięstw z rzędu na początku ligowego sezonu Barcelona jeszcze nigdy nie miała.
Gorąco może być też dlatego, że Vilanova nie jest tak dobry w nadstawianiu drugiego policzka, jak był Pep Guardiola. Zaczepiał Mourinho jeszcze jako asystent Guardioli („Mourinho, trener, który mówi o wszystkim, tylko nie o piłce" – narzekał w jednym z wywiadów), a ich starcia zakończonego palcem Jose w oku Tito przypominać nie trzeba. Vilanova mówi też głośno o błędach sędziów, czego Guardiola unikał.
Ale najważniejszą iskrą jest jednak sprawa niepodległości. Nie minął jeszcze miesiąc, od kiedy setki tysięcy zebrały się na ulicach, żeby krzyczeć, że Katalonia to nie Hiszpania. Na 25 listopada szef katalońskiego rządu Artur Mas zwołał przyspieszone wybory. Jeśli będzie miał absolutną większość w lokalnym parlamencie, spróbuje doprowadzić do referendum w sprawie niepodległości.
Zabrania tego konstytucja Hiszpanii, ale kryzys gospodarczy tak wyostrzył spór z rządem w Madrycie, że wszystko jest możliwe. A chodzi o przyszłość regionu z 7,5 mln mieszkańców. Aż 12 krajów Unii Europejskiej ma ich mniej niż Katalonia. Jak przypomniał ostatnio „New York Times", to czwarty pod względem dochodu wśród 17 regionów Hiszpanii, ale obłożony przez rząd tak wysokimi podatkami, że po ich odjęciu spada na dziewiąte miejsce. I gdy potem Katalończycy słyszą od władz w Madrycie, że to m.in. ich region życiem na kredyt sprowadził na Hiszpanię kłopoty, to wyprowadzić tłum na ulice nietrudno.
Guardiola już zawołał z Nowego Jorku, że jakby przyszło do referendum, to on jest za niepodległością. Prezes FC Barcelony Sandro Rosell próbował w tej sprawie stanąć gdzieś pośrodku, choćby po to, żeby się odciąć od radykalizmu swojego poprzednika Joana Laporty. Ale kibice, jak opisuje „El Pais", przypomnieli Rosellowi, że to nie jest czas dla niezdecydowanych. Podczas niedawnego meczu Ligi Mistrzów ze Spartakiem pierwszy raz zaczęli krzyczeć na Camp Nou „Independencia".
Wiadomo, co w tej sytuacji oznacza mecz z Realem. Kibice mają ułożyć na trybunach gigantyczną senyerę, flagę Katalonii. I ponoć nawołują się, by gdy minie 17 minut i 14 sekund meczu, krzyknąć znowu „Independencia". By przypomnieć 1714 rok, gdy pobita Katalonia musiała wrócić pod berło hiszpańskiego Filipa V Burbona.
Przez lata było tak, że gdy rosło napięcie między Madrytem i Barceloną, rosła też liczba socios Barcy. Ale teraz – również dzięki ostatniemu serialowi o Gran Derbi, o dobrym Guardioli i złym Mourinho – jest ich już tylu, z całego świata, że dalej rosnąć się nie da. Władze klubu nawet zamroziły na pewien czas przyjmowanie nowych chętnych, bojąc się, że socios będzie tylu, iż nie da się im zapewnić tych wszystkich przywilejów, które gwarantuje członkostwo.
Co się może zdarzyć na boisku? Leo Messi ma za sobą tydzień asyst, dwa razy dwie w lidze i Lidze Mistrzów. Cristiano Ronaldo – dwa hattricki z rzędu, i strzelał gole Barcelonie w pięciu ostatnich meczach. Do szatni Realu wrócił względny spokój, bo Sergio Ramos, ponoć przymuszony przez prezesa Florentino Pereza, wyciągnął rękę na zgodę do Mourinho. A na boisko wrócił Kaka, którego trener nie umiał wykurzyć z klubu, choć bardzo się starał, więc dał mu szansę (ponoć też przymuszony przez Pereza). I Kaka był świetny w meczu LM z Ajaksem.
Barcelona straciła przez kolejną kontuzję Carlesa Puyola, jeszcze nie odzyskała Pique i będzie musiała znów postawić w środku obrony Javiera Mascherano i Alexandra Songa. Parę, która dopiero uczy się grać razem i grozi wybuchem. Sporo tego prochu jak na jeden wieczór.