W czasach, gdy nie ma powodu, by o polskich piłkarzach pisać na pierwszej stronie gazety, zakochanym w futbolu zostają na szczęście wspomnienia. I ja mam swoją „drużynę marzeń".
Z najlepszymi graczami świata spotykałem się w szatni, na uroczystych bankietach lub prywatnych przyjęciach. Na śniadaniach w hotelu, w studiach telewizyjnych i na stanowiskach komentatorskich. Zawsze przy takich okazjach miałem mnóstwo pytań, na które nie znajdowałem odpowiedzi w książkach.
Napatrzyłem się i nasłuchałem, kilkakrotnie rozczarowałem, ale zawsze, kiedy stawałem obok piłkarza znanego z telewizji, puls bił mi szybciej. Zdarzało się, że bariera językowa (po obydwu stronach) uniemożliwiała kontakt. Bywało, że mój wyidealizowany piłkarz nie był całkiem trzeźwy. Albo był chamowaty, chociaż tak dobrze mu w telewizji z oczu patrzyło.
Chodziłem więc za najsłynniejszym piłkarzem świata Alfredo di Stefano, kiedy zwiedzał Warszawę. Wchodziłem do pokoi lekkoatletów amerykańskich, mieszkających w Hotelu Europejskim, a od mistrza olimpijskiego w skoku w dal Ralpha Bostona przyjąłem nawet prezent – ćwierć dolara. Nie prosiłem go, popatrzył na wychudzonego chłopca i dał z własnej woli.
Jesienią 2008 roku Mennica Polska wybiła medal z wizerunkiem sławnego Portugalczyka Eusebio i z tej okazji zaprosiła go do Warszawy. Rozmawiałem z nim przez godzinę w studiu TVP, a potem już prywatnie, bez kamer. Był taki, jakim go sobie wyidealizowałem, siedząc w latach 60. przed czarno-białym telewizorem w moim domku w Falenicy. Sympatyczny, bezpośredni, bez jakichkolwiek gwiazdorskich gestów.
Nie miał żadnych niestosownych wymagań. Chciał tylko, żeby w pokoju hotelowym była zawsze butelka niebieskiego Johnnie Walkera. Kiedy kilka lat wcześniej przyjechał do Chorzowa na pucharowy mecz Benfiki Lizbona z Ruchem, podobno zakochał się w żubrówce. Normalny facet, który ma wprawdzie pomnik przed stadionem w Lizbonie, ale rzadko na niego wchodzi.
George Best też był normalny, kiedy pił ze mną piwo na Wembley. Jak i Carlos Alberto, wzruszający się na wspomnienie meczu z Polską w Warszawie.
Takich zawsze lubiłem najbardziej i wciąż lubię, bo coraz ich mniej. Kiedy dziś o nich piszę, staje mi przed oczami świat romantycznego futbolu, w którym kibice nie byli chuliganami, na mecze jeździło się rozklekotanymi autokarami, piłkę szyto ze skóry, a koszulkę z bawełny. Nie ma już tego świata.