Kiedy pod koniec marca Paolo Di Canio przejmował drużynę, w Anglii zawrzało. Na każdym kroku przypominano o jego fascynacji Benito Mussolinim, o pozdrowieniu kibiców ukochanego Lazio ręką wyciągniętą w salucie podczas derbów Rzymu w 2005 roku. Cytowano jego wypowiedź, że owszem – „jest faszystą, ale nie rasistą”. Trenerskie doświadczenie zeszło na plan dalszy. O tym, że Swindon wprowadził z czwartej do trzeciej ligi, wspominano tylko z dziennikarskiego obowiązku.
Sunderland miał ratować przed spadkiem z Premiership, naprawić to, co zaczęło się psuć pod ręką Martina O”Neilla. Czy mu się to uda, przewidywać było ciężko. Pewne było jedno: na Wyspach nikt się nudzić nie będzie. – Na koszulkach moich piłkarzy chcę widzieć nie tylko pot, ale też krew – zapowiedział. Debiut miał obiecujący. Sunderland postraszył Chelsea, do przerwy prowadził na Stamford Bridge, ale ostatecznie przegrał 1:2. Tydzień później rozbił 3:0 Newcastle (pierwszy raz na stadionie rywali od 2000 roku), przerywając serię dziewięciu meczów bez zwycięstwa, a w następnej kolejce pokonał Everton 1:0. Zadanie wykonał: zespół się utrzymał.
Rządził twardą ręką. Zawodników karał nie tylko za nocne wypady czy brak zaangażowania na boisku, ale także za nieobecność podczas sesji autografów, bo szacunek dla kibiców był dla niego tak samo ważny jak dyscyplina.
Latem sprowadził 14 nowych piłkarzy, w tym tylko jednego Anglika. Kazał im się uczyć języka. Z czasem stawał się coraz bardziej rygorystyczny. Już przed wakacjami ostrzegł, że każdy, kto wróci z urlopu z nadwagą, zapłaci karę. Z jadłospisu wykreślił keczup i majonez, coca-colę oszczędził, ale pilnował, by była bez lodu. Zabronił korzystać z komórek w centrum treningowym. – Koniec z telefonami dzwoniącymi w trakcie masażu czy przed zajęciami. Wcześniej tolerowałem różne zachowania, ale już dość – tłumaczył.
Zakazy efektów jednak nie przynosiły. Wręcz przeciwnie, piłkarze grali tak, jakby chcieli go jak najszybciej zwolnić. Ultraofensywna taktyka 4-2-4 stała się obiektem drwin. Czarę goryczy przelała sobotnia porażka z West Bromwich (0:3), tym boleśniejsza, że jedną z bramek strzelił sprzedany latem Stephane Sessegnon. – Nawet w takim dniu Di Canio nie boi się spojrzeć w twarz kibicom – mówił na konferencji, jak zawsze w trzeciej osobie. Od fanów usłyszał gwizdy i wyzwiska. – Rozumiem ich złość, na ich miejscu też byłbym wściekły – przyznał, a winą za przegraną obarczył zawodników, którzy „wiarę w zwycięstwo stracili po 20 minutach”. On wiary w swoje umiejętności nie stracił, choć Sunderland zostawia na dnie tabeli, z jednym punktem.