Reklama

Krętą drogą, nie autostradą - sylwetka Juana Romana Riquelme

Juan Roman Riquelme zakończył karierę. Nie wygrał prawie nic, ale zostanie zapamiętany na zawsze.
Juan Roman Riquelme, piłkarz w stylu retro

Juan Roman Riquelme, piłkarz w stylu retro

Foto: AFP

Jorge Valdano, najwybitniejszy intelektualista argentyńskiego futbolu, człowiek, który gdyby nie grał w piłkę, mógłby, a może nawet powinien, zostać poetą, powiedział niedawno o Riquelme: – Większość ludzi, gdy chce dotrzeć z punktu A do punktu B, wybiera sześciopasmową autostradę i chce osiągnąć cel najszybciej jak to możliwe. Większość, ale nie Riquelme. On wybrałby sześciogodzinną podróż krętą górską drogą, która jednak oferuje zapierające dech w piersiach widoki.

Riquelme w mistrzostwach świata wziął udział tylko raz. Argentyna pod dowództwem jego ukochanego trenera z młodzieżówki Jose Pekermana odpadła w 2006 r. w ćwierćfinale, przegrywając po rzutach karnych z gospodarzami – Niemcami. Wcześniej jednak, jeszcze w fazie grupowej, Albicelestes zatańczyli z Serbią tango, które przeszło do historii futbolu. Pokonali rywali 6:0, a bramka Estebana Cambiasso padła po 25 podaniach. Gdyby Riquelme nie wybrał krętej górskiej drogi – odegranie bez przyjęcia, zewnętrzną częścią buta, pod nogi Javiera Savioli, dotyk geniuszu, który leniwą akcję zmienił nagle we frontalny atak – nie byłoby tego gola.

Był przykładem piłkarza, który nie harując nigdy przesadnie na boisku, potrafił uwodzić kibicowskie zmysły. Trybuny szybko go pokochały, a obrońcy znienawidzili pomocnika bawiącego się piłką, którego znakiem firmowym było nie tylko znakomite uderzenie z dystansu, ale także puszczanie piłki przeciwnikowi między nogami czy wytrenowane do perfekcji zagrania piętą.

Minęli się w drzwiach

Dzięki temu Riquelme idealnie wpasował się w klimat La Bombonera (bombonierki), słynnego stadionu Boca Juniors Buenos Aires. Europa w końcu musiała się o niego upomnieć i stało się tak w 2002 r., kiedy Argentyńczyk przeniósł się do Barcelony prowadzonej wówczas przez Louisa van Gaala. Zespół bardzo potrzebował mistrzostwa Hiszpanii, które po raz ostatni zdobył trzy lata wcześniej.

Debiut Riquelme przypadł w meczu eliminacji do Ligi Mistrzów przeciwko Legii Warszawa. Barcelona wygrała 3:0, a Riquelme w 80. minucie zdobył drugą bramkę, pokonując Radostina Stanewa. W pierwszym składzie Legii wystąpił wówczas Jacek Magiera.

– Argentyńczyk ma ze mną nawet ładne zdjęcie podczas gry – żartuje w rozmowie z „Rzeczpospolitą" były piłkarz. – Pamiętam szum medialny wokół Riquelme, że do Barcy trafił kolejny zawodnik ze światowego topu. Riquelme był wtedy uznawany za jednego z najlepszych na świecie. Nie zrobił później wielkiej kariery, chociaż nie można też mówić, że była ona zła. Na pewno powinien jednak osiągnąć więcej spektakularnych sukcesów, chociażby w postaci indywidualnych wyróżnień. Przegraliśmy wprawdzie trzema golami, ale spotkanie było raczej wyrównane. Pechowo straciliśmy pierwszą bramkę – kończy Magiera.

Okraszony golem debiut w Barcelonie był jednak tylko miłym złego początkiem. Przygoda Riquelme z Camp Nou potrwała rok i zakończyła się na 40 meczach we wszystkich rozgrywkach oraz czterech golach. Niestety dla niego tłuste lata Barcelony przyszły właśnie wtedy, gdy niemal w drzwiach mijał się z nowym szkoleniowcem Frankiem Rijkaardem i nową gwiazdą – Ronaldinho.

Reklama
Reklama

Paradoksalnie jednak dla Argentyńczyka nadeszły wtedy najlepsze lata w karierze spędzone w Villarreal. To sterowana przez niego „żółta łódź podwodna" z El Madrigal osiągnęła największy sukces w historii, czyli półfinał Ligi Mistrzów. Geniusz jednak przestrzelił rzut karny, który dałby klubowi z przedmieść Walencji wielki finał przeciwko Barcelonie.

W 2007 r. na chwilę został wypożyczony do Boca Juniors, ale niedługo znów zawitał do Hiszpanii. Popadł jednak w konflikt z klubem i już na dobre wrócił do Buenos Aires, gdzie występował aż do 2014 r., kiedy to odszedł do klubu swojego dzieciństwa – Argentinos Juniors.

Gorzkie słowa boga

Jego lista klubowych sukcesów jest krótka. Z Boca Juniors trzy razy wygrywał Copa Libertadores, raz Puchar Interkontynentalny, czterokrotnie był wybierany na najlepszego piłkarza Argentyny, a w 2001 r. zwyciężył w plebiscycie na najlepszego zawodnika Ameryki Południowej.

Rok po mistrzostwach świata 2006 Albicelestes z Riquelme w składzie zdobyli srebro Copa America. Jedynym sukcesem Riquelme jest mistrzostwo olimpijskie z Pekinu (2008), ale olimpijski futbol to wciąż druga liga.

Nie zawsze było mu po drodze z Diego Maradoną, który prowadził reprezentację w latach 2008–2010. Przed mundialem w RPA obrażony Riquelme zrezygnował z gry w kadrze przede wszystkim z powodu kiepskich stosunków z legendą (poszło ponoć m.in. o pozycję na boisku). Między panami iskrzyło zresztą mocno i od dawna. Również po latach Maradona nie szczędził mu gorzkich słów. Było tak chociażby wtedy, gdy Riquelme chciał odejść z Boca Juniors. W wywiadzie radiowym Diego nazwał go zdrajcą. Piłkarz próbował mu się odgryzać, chociaż nigdy nie stosował aż tak ostrej retoryki jak Maradona. W wywiadach nie ukrywa zresztą, że w młodości był on jego idolem.

– Miałem szczęście dorastać w czasach Maradony, którego wszyscy Argentyńczycy uważają za największego piłkarza w historii. Pamiętam, jak po obejrzeniu jego gry biegałem po ulicy z kolegami i kiedy tylko dostawałem piłkę, od razu mówiłem: „Maradona ma piłkę". Dla ludzi w moim wieku był on najważniejszy.

Reklama
Reklama

Wtajemniczeni mówią, że Riquelme ma okropny charakter. Urodził się tego samego dnia – 24 czerwca – co Leo Messi, ale dziewięć lat wcześniej. Gdy na zgrupowaniu reprezentacji podczas mundialu w 2006 r. wyprawiał imprezę urodzinową, w pokoju pojawił się także Messi. Koledzy natychmiast zaczęli składać życzenia i gratulacje nastoletniej, wschodzącej wówczas gwiazdce argentyńskiej piłki. – A kto zaprosił ciebie, spier...  – miał powiedzieć Riquelme.

Nie dogadał się z Van Gaalem, nie dogadał się z Marcelo Bielsą, Maradoną, w pewnym momencie przestał się dogadywać z Manuelem Pellegrinim. Jeśli jednak trenerzy pozwalali mu grać w jego stylu retro, żywcem wyjętym z połowy lat 70., Juan Roman odpłacał im się pięknie za zaufanie.

Andrea Pirlo nazywany jest ostatnim rozgrywającym europejskiego futbolu. Juan Roman był ostatnim rozgrywającym piłki południowoamerykańskiej. Tam  koszulka z numerem 10 znaczy jeszcze więcej niż na Starym Kontynencie, gdzie kult piłkarzy nieśpiesznie drepczących w środku pola, by jednym magicznym dotknięciem zmienić losy meczu, jest wciąż żywy. Przeciwnicy zarzucali Riquelme, że nie biega. Zwolennicy poczytywali mu to za największą zaletę. Cesar Luis Menotti powiedział: – Od kiedy to trzeba biegać, żeby grać w piłkę?

—żzny

Piłka nożna
Liga Konferencji. Lech dostał srogą lekcję od Brazylijczyków z Szachtara
Materiał Promocyjny
Jak zostać franczyzobiorcą McDonald’s?
Materiał Promocyjny
OTOMOTO rewolucjonizuje dodawanie ogłoszeń
Piłka nożna
Europa zachwycona nastolatkiem z Polski. Czy Oskar Pietuszewski zagra w barażach o mundial?
Piłka nożna
Real Madryt–Manchester City. Królewscy nie zostawili złudzeń, hattrick Federico Valverde
Piłka nożna
Iran chce się wycofać z Mundialu. Szef FIFA: Trump zapewnił, że są mile widziani
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama