Kolejny poranek w Barcelonie zaczął się od polskich uśmiechów. Małgorzata Trybańska była pierwsza na liście eliminacji trójskoku. Ruszyła charakterystycznym długim krokiem, trafiła w belkę tak, że lepiej nie można (0,5 cm od spalonego) i wylądowała spory kawałek za granicą dającą awans do finału.
Sędziowie jeszcze się rozgrzewali, podobnie aparatura, więc polska lekkoatletka stanęła przed tablicą wyników z nadzieją w oczach, ale cyfr długą chwilę nie było, obejrzała więc powtórkę na wielkim ekranie. Gdy zniecierpliwiona rozkładała ręce, wreszcie zobaczyła: 14,44, rekord kraju. Wiatr nie wiał za mocno, wynik jest lepszy o 17 cm od rezultatu z mistrzostw Polski, po których mówiła, że w Barcelonie powinno być tylko lepiej.
[srodtytul]Na wakacje[/srodtytul]
– Sporo było do poprawki, ale jeśli powtórzę taką próbę w finale, będę zadowolona – powiedziała, jakby trochę zadziwiona własnymi możliwościami. Annie Jagaciak zabrakło kilku centymetrów do awansu, uzyskała 14,03 z silnym wiatrem w plecy i może jechać na zaplanowane wakacje z rodzicami.
Finał męskiego skoku wzwyż początkowo budził dobre skojarzenia. Nawet jeśli Sylwester Bednarek wystartował z ostatniego miejsca po eliminacjach i nad stadionem pojawiły się mokre chmury, to tak samo było przecież w Berlinie. Wiary w medal Polaka było jednak mniej. Kilka miesięcy dzielone na treningi i leczenie chorego kolana, to nie był dobry wstęp do sukcesu. Bednarek skoczył w deszczu 2,19 w pierwszej próbie, potem nie dał rady wysokości 2,23. Był dziesiąty.