Mistrzostwa Europy to było kiedyś święto całej lekkiej atletyki. Rozgrywane od 1934 roku, w cyklu czteroletnim, jak olimpiady, miały status drugiej imprezy lekkoatletycznej po igrzyskach i przynosiły liczne rekordy.
Straciły dużą część magii, gdy do tradycyjnej lekkoatletycznej rywalizacji Starego Kontynentu z USA doszli sportowcy z Afryki, gdy biegami długimi zaczęły rządzić Kenia, Maroko i Etiopia, gdy trzeba było zapomnieć o fińskiej, brytyjskiej czy polskiej szkole biegania. Straciły najbardziej, gdy w latach 80. Międzynarodowa Federacja Lekkoatletyczna (IAAF) stworzyła wreszcie największą sportową atrakcję oprócz igrzysk olimpijskich i futbolu – mistrzostwa świata.
Ostatnie wielkie imprezy potwierdziły, że Europa jeszcze wysoko i daleko skacze, wciąż mocno pcha i rzuca, lecz reszta świata zabrała europejskim lekkoatletom ostatnie złudzenia w biegach. W sprintach Ameryka zrobiła to dawno, na średnich i długich dystansach Afryka właśnie kończy dzieło.
Przykłady się powtarzają: w Berlinie złote medale mistrzostw świata wywalczyli: rosyjscy chodziarze i chodziarki, niemiecki dyskobol, norweski oszczepnik, niemiecka oszczepniczka, Rosjanin i Chorwatka w skoku wzwyż, brytyjski trójskoczek, słoweński młociarz, polska młociarka i tyczkarka, siedmioboistka z Wielkiej Brytanii i Hiszpanka na 3000 m z przeszkodami.
W lutowych halowych mistrzostwach świata w Dausze lista europejskich sukcesów wyglądała niemal identycznie, wyłączywszy konkurencje, których w hali nie ma. Diamentowa Liga, dobrze odzwierciedlająca układ sił w pełni sezonu, pokazuje dokładnie to samo: na 32 „diamentowe“ konkurencje europejskich liderów i liderki widać tylko tam, gdzie się skacze (Linus Thoernblad i Blanka Vlasić – wzwyż, Olga Kuczerenko i Naide Gomes – w dal, Olga Rypakowa i Phillips Idowu – trójskok, Renaud Lavillenie – tyczka) lub rzuca (Piotr Małachowski – dysk, Andreas Thorkildsen i Barbora Spotakova – oszczep, Nadieżda Ostapczuk – kula).