Książka „Seoul to Soul” ma wstrząsnąć sportowym światem. Poza kilkoma wtajemniczonymi osobami w małym niezależnym wydawnictwie nikt jeszcze dzieła nie widział.
Ben Johnson ujawnił jednak wystarczająco dużo, by pobudzić wyobraźnię i przypomnieć stare pytania, na które niedługo ma paść odpowiedź: dlaczego tylko on został ofiarą w Seulu, jakie siły stały za jego wpadką, komu na niej najbardziej zależało.
[srodtytul]Logika dopingu[/srodtytul]
Dopingową historię Johnsona można zaczynać na wiele sposobów. Na przykład od wymuszonego przez biedę wyjazdu matki z piątką dzieci z Jamajki do Toronto. Matka poszła do pracy do hotelu przy lotnisku jako sprzątaczka. Ben miał 14 lat i wstydził się otworzyć usta, bo jego jamajski bełkot był wyśmiewany przez rówieśników. Samotny, przedrzeźniany i wykpiwany w szkole miał tylko jedną cechę, której się nie wstydził – szybko biegał.
Trafił pod opiekę Charliego Francisa, trenera lekkiej atletyki, który wkrótce zastąpił mu ojca. Nieśmiały, jąkający się, chudy chłopak ważył ok. 50 kg, gdy Francis pierwszy raz zobaczył go na bieżni. Trener miał swój plan i przedstawił go Benowi, gdy ten skończył 19 lat. Była w tym planie nieubłagana dopingowa logika. – Jesteś oszustem tylko wtedy, gdy jesteś jedynym, który bierze niedozwolone środki. Jeśli biegasz z innymi, którzy biorą, to oszustwa nie ma – mówił wychowawca Johnsona.