Jak to się właściwie stało, że pan, jedna z gwiazd lekkoatletyki, już drugi rok z rzędu wybiera mały mityng w Warszawie?
Oscar Pistorius:
Wszystko dzięki Alfonsowi Juckowi, menedżerowi, który pomaga organizować memoriał. To mój dobry znajomy, biegam w różnych mityngach, przy których pracuje, mam do niego zaufanie.
Rok temu zaproponował przyjazd do Polski, wytłumaczył, że to szczególne zawody, na cześć zmarłej młodo mistrzyni. Akurat szukałem miejsca, w którym mógłbym ostatni raz w sezonie przebiec 400 m. I tak się zaczęło. Okazało się, że organizacja jest świetna, trybuny pełne, startują przyjaciele z bieżni.
Pierwszy raz przyjechał pan z ciekawości, a teraz?
Kiedy dostałem zaproszenie na ten sezon, powiedziałem od razu, że może być ciężko, bo termin wypada tuż przed igrzyskami paraolimpijskimi, a ja muszę przed nimi poćwiczyć bieg na 100 metrów, nie 400. Na setkę nie biegłem od ponad roku, a poziom lekkoatletyki na paraolimpiadzie podnosi się w szalonym tempie. Ale Alfons powiedział, że to żaden problem, specjalnie dla mnie zrobią bieg na 100 m, żebym ze swoją życiówką 10,9 s nie przybiegł ostatni. Byłem piąty, a i czas 11,17 był niezły jak na bieg pod wiatr. Wystartowałem fatalnie, ale potem już było dobrze.
Prosto z Warszawy jedzie pan do Londynu?
Nie, rok temu miałem więcej czasu na spacery po mieście, teraz po mityngu od razu wyjeżdżam do Linzu. Tam startuję w poniedziałek wieczorem, a potem na dwa dni jadę do Włoch, do Gemmony, czyli mojego europejskiego domu, w którym spędzam kilka miesięcy w roku.
I z Gemmony już do Londynu.
Paraolimpiada nie blednie, gdy się już spróbowało igrzysk olimpijskich?
Nie, start w Londynie był spełnieniem marzeń, właściwie to wyprzedziłem marzenia. Zapamiętam to do końca życia. A poziom był niesamowity. Rok temu ze sztafetą 4x400 m zdobyliśmy w mistrzostwach świata w Daegu srebrny medal, a teraz ledwo awansowaliśmy do finału. Indywidualnie dobiegłem do półfinału, czyli plan wypełniłem. Było pięknie, nawet moja 89-letnia babcia przyjechała ze mną do Londynu. A paraolimpiada też będzie wyjątkowa. W końcu to Anglicy ją kiedyś wymyślili, już sprzedali rekordowo dużo biletów, na lekkoatletykę wszystkie. Nawet nie liczę na to, że znów uda się zdobyć złoto na 100, 200 i 400 m. Na setkę chciałbym być w pierwszej trójce, na 200 i 400 już mierzę w złoto. Wystartuję też w sztafecie 4x100 m, może uda nam się wygrać i pobić rekord świata.
Ma pan jeszcze szansę być najpopularniejszym sportowcem z RPA czy po igrzyskach mistrz olimpijski w pływaniu Chad Le Clos już jest niezagrożony?
Chad jak Chad, ale jego ojciec, ten, który szalał na trybunach w Londynie... Obaj są nie do zatrzymania. Dzieje się coś niesamowitego. Z kraju krykieta, rugby, futbolu RPA stała się krajem olimpijskim. Chad był mistrzem w pływaniu, z medalem wrócili wioślarze, lekkoatleci. To były dla nas lepsze igrzyska niż trzy poprzednie razem wzięte. Już myślę o Rio.
—rozmawiał Paweł Wilkowicz