Rzeczpospolita: Był pan na wzgórzu Holmenkollen wielokrotnie, jakie wspomnienia?

Krzysztof Wyrzykowski: Dobre, bo bywałem tam z wielu powodów, ale moje pierwsze mistrzostwa w biatlonie, te z 1990 roku, zostały tylko dołączone do narciarstwa klasycznego. Meta była gdzieś z boku, przy starym baraku i całość wyglądała jak zawody powiatowe. Dopiero następne były naprawdę światowe, kończyły się na stadionie pod skocznią, przed trybuną królewską, i te zapewne takie będą.

Powraca pan tam z myślą, że obejrzy polskie sukcesy?

Panów wolałbym pominąć, tym bardziej że kamery zwykle ich nie pokazują, chyba że przy okazji zdublowania, co jest widokiem przykrym. O paniach mówię znacznie chętniej – Krystyna Guzik zaczęła dobrze strzelać, szansę ma też Magdalena Gwizdoń. O sztafecie również myślę z optymizmem, choć połączenie czterech biegów bliskich doskonałości w jednym starcie naszym biatlonistkom jednak nie zawsze się udaje.

Pański sławny zeszyt A4 podpowiada coś jeszcze?

Mam w nim nowe pouczające zestawienie – w zawodach Pucharu Świata 22 biatlonistki tej zimy strzelały bezbłędnie. Są wśród nich Kinga Mitoraj, która na mistrzostwa nie jedzie, i Magda Gwizdoń, nie ma Krystyny Guzik. Prowadzi Niemka Franziska Hildebrandt – pięć razy bez pudła. Liderem wśród mężczyzn jest Niemiec Simon Schempp, też pięć razy bezbłędny. I tu wspomnę o Polakach –  Łukasz Szczurek i Mateusz Janik również mieli takie biegi, ale niewiele to dało.

Czy to znaczy, że główni kandydaci do złota nie muszą zawsze trafiać w czarne krążki?

Jednak zwykle trafiają. Poza wszelkimi normami jest Martin Fourcade. To talent, który zdarza się raz na wiele lat. Zeszyt A4 podaje, że od czasu igrzysk w Vancouver do dziś Francuz wygrał 46 biegów w PŚ i MŚ, to znaczy tyle samo, ile w tym samym czasie cała męska reprezentacja Norwegii. Jak mu dodać dwa medale olimpijskie z Soczi, to prowadzi z Norwegami 48:46. Na niego zawsze trzeba patrzeć.

—rozmawiał Krzysztof Rawa