Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak Kimi Antonelli został liderem klasyfikacji generalnej F1?
- Jakie czynniki wpłynęły na zmienną formę kierowców Mercedesa?
- W jaki sposób zespół McLaren powrócił do rywalizacji na wysokim poziomie?
Niekwestionowanym kandydatem do wygranej był od początku weekendu Mercedes. Już dwa pierwsze wyścigi pokazały, że jego tempo, szczególnie w kwalifikacjach, jest nie do przebicia. Kimi Antonelli i George Russell nie zawiedli i tym razem, komfortowo rezerwując sobie odpowiednio pierwsze i drugie miejsce na pozycjach startowych.
Kimiemu w wygranej wyjątkowo pomógł samochód bezpieczeństwa wypuszczony z powodu wypadku Olivera Bearmana. Młody Włoch zaliczył bowiem bardzo słaby start, spadając z pierwszego na piąte miejsce. Dzięki neutralizacji wyścigu mógł zmienić opony, tracąc na to mniej czasu. W drugiej połowie popisał się jednak niesamowitym tempem – ostatecznie do mety dojechał ponad 13 sekund przed następnym bolidem. Zaskoczenie wywołało jednak to, że George Russell, bardziej doświadczony kierowca, już drugi weekend z rzędu nie był w stanie dorównać tempu swojego młodszego kolegi z zespołu. Nie dość, że w kwalifikacjach uplasował się na drugim miejscu, to i w samym wyścigu pokazał zdecydowanie mniej – ostatecznie zajmując czwartą pozycję – i stracił na rzecz kolegi z zespołu fotel lidera.
McLaren wraca do gry
Fani McLarena mogą wreszcie odetchnąć z ulgą. Poprzednie dwa weekendy były dla nich bowiem wyjątkowo trudne – Lando Norris nie zaczął jednego, a Oscar Piastri obydwu dotychczasowych wyścigów. Podczas piątkowych treningów i w sobotę Lando znowu miał duże problemy z bolidem, omijając przy tym większość próbnych przejazdów. Na szczęście w sobotnich kwalifikacjach obaj kierowcy zajęli bardzo dobre pozycje – Oscar trzecią, a Lando piątą.
Sam wyścig ułożył się lepiej dla Oscara. Po tym, jak już na pierwszym okrążeniu przejął prowadzenie, wyglądało na to, że ma szansę na wygraną. Wspomniany samochód bezpieczeństwa sprawił jednak, że spadł na drugą pozycję. A potem Antonelli już nie dał się dogonić.
Drugie miejsce na mecie jest dla kierowcy McLarena na pewno powodem do radości, biorąc pod uwagę poprzednie weekendy. Co jednak najważniejsze, Oscarowi udawało się w pierwszej części wyścigu przez kilkanaście okrążeń utrzymywać za sobą George'a Russella w Mercedesie. Daje to nadzieję na to, że Mercedes nie jest tak niedościgniony, jak się dotychczas wydawało.
Norris z kolei cały wyścig spędził na próbach powrotu na piątą pozycję, którą stracił. Ostatecznie udało mu się to na przedostatnim okrążeniu. Dla McLarena był to więc pierwszy solidny i udany weekend, który daje nadzieję na walkę o najwyższy stopień podium w przyszłości.
Ferrari gotowe do walki z najlepszymi
Stabilnie pojechało również Ferrari. W kwalifikacjach obaj kierowcy pokazali dobre tempo. Czwarte miejsce Charlesa Leclerca i szóste Lewisa Hamiltona zapowiadało, że mogą powalczyć z innymi zespołami w niedzielnym wyścigu.
I tak się stało. Charles przez ostatnich kilkanaście okrążeń odpierał ataki Russella, kończąc tym samym na trzecim miejscu. Hamilton jest z pewnością zawiedziony – dojechał na tym samym miejscu, z którego wystartował, nie będąc w stanie obronić się przed Lando Norrisem. Mimo wszystko Ferrari pokazało, że jest w stanie walczyć z innymi najlepszymi zespołami, co jest miłą odmianą po zeszłym sezonie i pozytywnym wnioskiem z tego weekendu.
Nie skreślać za wcześnie Maxa Verstappena
Przegranym tego wyścigu jest bezsprzecznie Red Bull. Ponownie jego kierowcy nie byli w stanie wykrzesać ze swojego bolidu żadnego tempa. W sobotnich kwalifikacjach Max Verstappen zajął dopiero jedenastą pozycję. Lepiej poszło Isackowi Hadjarowi – wyścig zaczynał jako ósmy.
Dla żadnego także niedziela nie była udana. Max na większość wyścigu utknął na ósmej pozycji za Pierrem Gaslym w Alpine. Holendrowi do końca nie udało się wyprzedzić samochodu, który w zeszłym sezonie regularnie dojeżdżał jako ostatni. Isack natomiast spadł na 12. miejsce, a więc nie zdobył punktów. Red Bull definitywnie ma dużo do nadrobienia podczas nadchodzącej miesięcznej przerwy. Ale warto pamiętać, że poprzedni sezon Verstappen też zaczął słabo, a finalnie niemal stanął na najwyższym stopniu podium.
Groźnym momentem w wyścigu był wypadek Olivera Bearmana z Haasa. Brytyjczyk uderzył bokiem w barierę z siłą przeciążenia aż 50G. Podczas opuszczania toru widoczne było, że mocno kuleje. Na szczęście jeszcze podczas trwania wyścigu zespół wypuścił informację, że nie doszło u niego do żadnej poważnej kontuzji. Ten incydent z pewnością będzie początkiem rozmów o działaniu baterii i napędu w nowych bolidach – z intencją, by następne takie wypadki się nie powtarzały.
Mercedes nie tak silny, jak się wydawało?
Weekend w Japonii na torze Suzuka przyniósł więc nadzieję głównie fanom McLarena i Ferrari. Kibice innych zespołów muszą zadowolić się myślą, że być może przewaga Mercedesa nie jest aż tak drastyczna, jak przypuszczano na początku sezonu. Spodziewano się bowiem kolejnego wyścigu, w którym ich samochody po prostu uciekną wszystkim innym. Tak jednak nie było – Kimiemu słabiej szła pierwsza połowa, a George'owi większość wyścigu. Najwięcej pracy mają przed sobą z pewnością Williams i Red Bull, które zaliczyły największy spadek tempa w porównaniu z zeszłym sezonem.
Pozostaje liczyć na to, że miesięczna przerwa da zespołom szansę na lepsze zrozumienie działania nowych bolidów i poprawę formy przed wyścigiem w Miami 3 maja.