Choćby kogoś takiego jak trójka, która za pomocą swych rakiet właśnie podbiła kalifornijskie Indian Wells. Na celowniku światowych mediów ta mała grupka znajduje się od blisko roku. Aż dziw, że jeszcze nie było nic słychać o serbskiej szkole tenisa.

Sukcesy Novaka Djokovicia, Any Ivanović i Jeleny Janković łączy w istocie niewiele. Na Bałkanach zawsze garnęli się do sportu młodzi ludzie o znakomitych warunkach fizycznych i z tak zwaną iskrą bożą, tyle że tenisową tradycją i wielkimi nazwiskami w tej części świata chwalić się mogli dotąd głównie Chorwaci. SRB, czyli serbska federacja tenisowa zarządzana przez znakomitego kiedyś deblistę Slobodana Żivojinovicia, jest organizacją więcej niż przeciętną. Nie liczy zbyt wielu członków, nie ma dużych pieniędzy, brak jej nadzwyczajnej bazy szkoleniowej, abstrakcją jest rozbudowany system szkolenia. Jakim cudem – pytamy dziś w kraju nad Wisłą – oni nagle doszli do takich wyników?

Patrząc na szalejących ze szczęścia Serbów, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że współcześnie najlepszą metodą osiągania wielkich wyników stał się... brak metody. W końcu gdyby w tym sporcie wszystko zależało od wielkości angażowanych środków finansowych, to od lat turnieje wygrywaliby wyłącznie reprezentanci USA. Gdyby decydował nowocześnie rozbudowany system szkoleniowo-startowy, to główne premie zgarnialiby jedynie reprezentanci Francji. Tymczasem w tej zabawie, poza niezbędnymi pieniędzmi od sponsorów albo federacyjną strukturą, widać decyduje coś innego.

Na początku dziennikarskiej kariery zachwycałem się Feliksem Stammem, legendarnym trenerem naszych pięściarzy. Bez przerwy słyszałem i czytałem o stworzonej przez niego polskiej szkole boksu. Kiedy usiłowałem zdobyć większą wiedzę o tym, jeden z jego słynnych wychowanków powiedział mi po prostu: – Nie ma i nigdy nie było żadnej polskiej szkoły! To jest mit, dziennikarska bajka. Wielkość „Papy” polegała na tym, że on niczego nie kształtował na siłę. Po prostu pozwalał, by u każdego z nas rozkwitało to, co akurat potrafiliśmy w ringu najlepiej.

Śledzę kolejne turnieje i coraz bardziej się upewniam, że w tenisie też nie ma żadnych szkół. Na korcie jak zwykle najważniejszy jest człowiek, który albo ma mentalność zwycięzcy, albo ten talent jest mu obcy i wtedy niewiele w tej materii da się poprawić. Z serbskiej trójki wszyscy mają mocne oparcie w swoich w miarę zamożnych rodzinach, wszyscy korzystali albo korzystają z rad zagranicznych trenerów. Grają w tenisa w sposób odmienny, każdy gdzie indziej stawia akcenty. Po drodze sami albo przy pomocy najbliższych dokonywali właściwych wyborów. Tylko tyle i aż tyle.