Dysk leciał i leciał

Niewiele było dni w moim życiu, które zapamiętałem tak dokładnie jak 14 czerwca 1959 roku, gdy Edmund Piątkowski pobił rekord świata w rzucie dyskiem.

Aktualizacja: 16.06.2009 21:39 Publikacja: 16.06.2009 20:55

W domu zepsuł się akurat telewizor, a rodzice nie pozwolili mi pojechać na Stadion Dziesięciolecia, gdzie odbywał się Memoriał Kusocińskiego. Kolega z klasy zawsze oglądał transmisje sportowe w akademiku wyższej szkoły partyjnej przy Belwederskiej. Wziął mnie ze sobą.

W akademiku wszyscy mówili do siebie per „towarzyszu”. Nawet sprzątaczka, która opróżniała niedopałki z popielniczek, była tak tytułowana. Gdy Piątkowski wykonał błyskawiczny obrót, a wyrzucony przez niego dysk leciał i leciał, siedzący przed telewizorem ostrzyżony na jeża blondyn zaczął walić z całych sił pięściami w oparcie fotela i krzyczeć: „K… jego mać, jest rekord świata!”. Powtórzył to kilka razy, zanim jeszcze sędziowie zdołali rozciągnąć taśmę i zmierzyć rzut. Ktoś próbował przywołać blondyna do porządku: „Uspokójcie się towarzyszu, nie widzicie, że są z nami towarzysze uczniowie?”. Ale on wciąż darł się jak opętany.

Potem przez jakiś czas byliśmy dla siebie z kolegą towarzyszami. Myśleliśmy, że to zabawne. Mieliśmy po dziewięć lat, nie zdawaliśmy sobie do końca sprawy, na jakim świecie żyjemy. Tak jak nie potrafiliśmy ocenić znaczenia rekordu Edmunda Piątkowskiego. To działo się przecież w czasach, gdy mieliśmy znakomitych lekkoatletów, bokserów i szermierzy, a rekordy świata i mistrzowskie tytuły były na porządku dziennym. Moje mniemanie o polskich sportowcach było wtedy tak wysokie, że przez pewien czas miałem pretensje do Piątkowskiego o to, że nie zdołał odzyskać utraconego wkrótce potem rekordu i nie rzucił jako pierwszy człowiek na świecie ponad 60 metrów.

Dopiero z dzisiejszej perspektywy można docenić niesamowity wyczyn Piątkowskiego sprzed 50 lat. Żałuję, że nigdy nie miałem okazji porozmawiać z panem Edmundem. Niby nic straconego, choć z drugiej strony nie jestem pewien, czy miałbym więcej szczęścia niż Grzegorz Kaczmarowski, autor poświęconej lekkoatletycznemu Wunderteamowi książki pt. „Wyjście na prostą”. Oto fragment rozdziału o Edmundzie Piątkowskim:

„Po trzech godzinach rozmowy zapisałem najwyżej pół kartki w notatniku. Z niepokojem popatrzyłem na plon naszej wspólnej pracy.

– Niewiele mi pan powiedział.

– No cóż, od tego dnia minęło przecież 20 lat, a ludzka pamięć jest zawodna…

– Ale rekordów świata nie bije się codziennie. Taki dzień pamięta się chyba do końca życia?

– Dla mnie sport zaczynał się i kończył na stadionie. Nigdy nie rozpamiętywałem swoich zwycięstw i rekordów…”.

Co by nam więc dziś było po takim rekordziście, co to porządnego wywiadu nie udzieli, w talk-show nie wystąpi i bloga nie poprowadzi? Puenta będzie jednak poważniejsza. To, że ludzie postronni, tacy jak ja, mają więcej do powiedzenia o 14 czerwca 1959 roku niż sam bohater, najlepiej chyba świadczy o wielkości wyczynu Edmunda Piątkowskiego.

[link=http://blog.rp.pl/fafara/2009/06/16/dysk-lecial-i-lecial/]Skomentuj na blogu[/link]

Sport
Czy Andrzej Duda podpisze nowelizację ustawy o sporcie? Jest apel do prezydenta
Materiał Promocyjny
Rośnie znaczenie magazynów energii dla systemu energetycznego i bezpieczeństwa kraju
Sport
Dlaczego Kirsty Coventry wygrała wybory i będzie pierwszą kobietą na czele MKOl?
Sport
Długi cień Thomasa Bacha. Kirsty Coventry nową przewodniczącą MKOl
SPORT I POLITYKA
Wybory w MKOl. Czy Rosjanie i Chińczycy wybiorą następcę Bacha?
Materiał Partnera
Kroki praktycznego wdrożenia i operowania projektem OZE w wymiarze lokalnym
Sport
Walka o władzę na olimpijskim szczycie. Kto wygra wybory w MKOl?
Materiał Promocyjny
Jak znaleźć nieruchomość w Warszawie i czy warto inwestować?