W domu zepsuł się akurat telewizor, a rodzice nie pozwolili mi pojechać na Stadion Dziesięciolecia, gdzie odbywał się Memoriał Kusocińskiego. Kolega z klasy zawsze oglądał transmisje sportowe w akademiku wyższej szkoły partyjnej przy Belwederskiej. Wziął mnie ze sobą.
W akademiku wszyscy mówili do siebie per „towarzyszu”. Nawet sprzątaczka, która opróżniała niedopałki z popielniczek, była tak tytułowana. Gdy Piątkowski wykonał błyskawiczny obrót, a wyrzucony przez niego dysk leciał i leciał, siedzący przed telewizorem ostrzyżony na jeża blondyn zaczął walić z całych sił pięściami w oparcie fotela i krzyczeć: „K… jego mać, jest rekord świata!”. Powtórzył to kilka razy, zanim jeszcze sędziowie zdołali rozciągnąć taśmę i zmierzyć rzut. Ktoś próbował przywołać blondyna do porządku: „Uspokójcie się towarzyszu, nie widzicie, że są z nami towarzysze uczniowie?”. Ale on wciąż darł się jak opętany.
Potem przez jakiś czas byliśmy dla siebie z kolegą towarzyszami. Myśleliśmy, że to zabawne. Mieliśmy po dziewięć lat, nie zdawaliśmy sobie do końca sprawy, na jakim świecie żyjemy. Tak jak nie potrafiliśmy ocenić znaczenia rekordu Edmunda Piątkowskiego. To działo się przecież w czasach, gdy mieliśmy znakomitych lekkoatletów, bokserów i szermierzy, a rekordy świata i mistrzowskie tytuły były na porządku dziennym. Moje mniemanie o polskich sportowcach było wtedy tak wysokie, że przez pewien czas miałem pretensje do Piątkowskiego o to, że nie zdołał odzyskać utraconego wkrótce potem rekordu i nie rzucił jako pierwszy człowiek na świecie ponad 60 metrów.
Dopiero z dzisiejszej perspektywy można docenić niesamowity wyczyn Piątkowskiego sprzed 50 lat. Żałuję, że nigdy nie miałem okazji porozmawiać z panem Edmundem. Niby nic straconego, choć z drugiej strony nie jestem pewien, czy miałbym więcej szczęścia niż Grzegorz Kaczmarowski, autor poświęconej lekkoatletycznemu Wunderteamowi książki pt. „Wyjście na prostą”. Oto fragment rozdziału o Edmundzie Piątkowskim:
„Po trzech godzinach rozmowy zapisałem najwyżej pół kartki w notatniku. Z niepokojem popatrzyłem na plon naszej wspólnej pracy.