„Ze względu na trudne do podważenia dowody, że Lance Armstrong brał udział w dopingu i wprowadzał Nike w błąd przez ponad dziesięć lat, z wielkim smutkiem kończymy z nim współpracę. Nie akceptujemy używania nielegalnych środków w celu poprawienia wyników" – napisała w oświadczeniu amerykańska firma sportowa.

Nike dotychczas stał murem za Armstrongiem. Wspierał go, gdy był pozbawiany siedmiu tytułów w Tour de France i dożywotnio dyskwalifikowany. Ale po opublikowaniu w Internecie szokującego raportu Amerykańskiej Agencji Antydopingowej (USADA) pełnego szczegółów afery zareagować musiał. Bronić kolarza dłużej się nie dało.

Tym bardziej że w mediach pojawiła się informacja, iż Nike miał finansowo uczestniczyć w ukrywaniu dopingowych poczynań Armstronga. Napisał o tym we wtorek „New York Daily News". Według gazety koncern zapłacił ówczesnemu prezydentowi Międzynarodowej Federacji Kolarskiej (UCI) Heinowi Verbruggenowi pół miliona dolarów za to, by nie wyszło na światło dzienne, że Armstrong miał pozytywny wynik testu przeprowadzonego w 1999 roku.

Nike oczywiście temu zaprzecza i nie zamierza się wycofywać z finansowania fundacji charytatywnej Armstronga. Amerykanin zrezygnował już ze stanowiska prezesa, by nie zaszkodzić Livestrong i nie psuć jej dobrego wizerunku.

– Miałem zaszczyt kierować fundacją przez ostatnie pięć lat. Organizacja, jej misja i osoby ją wspierające są bliskie mojemu sercu. By chronić ich wszystkich, zrzekam się posady – tłumaczył Armstrong.

Obowiązki prezesa przejmie Jeff Garvey, jeden z członków-założycieli fundacji (Armstrong pozostanie w zarządzie). Zrzesza ona 20 mln ludzi na całym świecie. Od 1997 roku udało jej się pozyskać na walkę z rakiem 500 mln dolarów.

Oświadczenie wydał też włoski doktor Michele Ferrari. Nie zgadza się z nazywaniem go kluczową postacią w dopingowej układance, choć w środowisku miał pseudonim Dottore EPO.