"Rzeczpospolita": Widzę przed sobą jeden z komentarzy internetowych pod tekstem zatytułowanym: „Polak podpisał kontrakt z klubem NFL"...
Babatunde Aiyegbusi: Pewnie brzmi: „Co to jest za Polak", tak?
Mniej więcej.
Czytałem już takich wiele. Jeżeli musiałbym się do tego odnosić, to zapytałbym, co miałoby determinować polskość? Moi przodkowie ze strony mamy brali udział w narodowych powstaniach, dziadkowie zaszczepili we mnie polskie tradycje. W jakiej mierze ci internetowi komentatorzy są bardziej Polakami ode mnie? Pytanie oczywiście czysto retoryczne.
Podpisanie przez pana kontraktu z Minnesota Vikings to historia jak z filmu.
Faktycznie, ludzie tak mówią. Ale ja się po prostu cieszę, że tu jestem i mogę robić to, co kocham.
Wszystko zaczęło się jednak od filmu – z pańskimi akcjami.
Ten film nie powstał z zamiarem zareklamowania mnie. Wielu zawodników robi sobie takie kompilacje, udostępnia te nagrania w internecie. Ale po obejrzeniu mojego filmiku zainteresowali się mną ludzie z Texas Tech – uczelni z Teksasu. Nie mogłem jednak zostać zawodnikiem uniwersyteckim, gdyż już wcześniej występowałem w półprofesjonalnej drużynie ligi niemieckiej, co spowodowało, że straciłem status amatora. Jednak za pośrednictwem ludzi z Texas Tech film trafił do znajomego agenta i tak zaczęła się moja historia w NFL. Powiedział: „Stary, przyjedź i pokaż, co potrafisz".
To chyba nieczęsto się zdarza – trafić do NFL bez gry w college'u?
Dzięki znajomościom rektor uczelni zezwolił mi na wzięcie udziału w testach, chociaż nie byłem absolwentem uczelni. Nigdy nie odpuściłem marzeń o prawdziwej karierze. W każdym sezonie czułem, że się rozwijam, robię krok do przodu. Gra w lidze niemieckiej była jednym z nich. Moja wiedza zrobiła wrażenie w Stanach, więc jestem wdzięczny swoim dotychczasowym trenerom. Wyjazd do USA był moim celem i marzeniem, chciałem rywalizować z gośćmi, którzy grają w futbol od urodzenia. O NFL jednak nawet nie myślałem, bo to sam top najlepszych futbolistów świata, poza tym trzeba mieć doświadczenie z college'u.