Prezesem PKOl został w smutnych okolicznościach, bo zastąpił Piotra Nurowskiego, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Funkcję objął tymczasowo, ale zarząd po kilku miesiącach uznał, że przyspieszonych wyborów nie będzie, bo lepszy kandydat się nie znalazł. Swoją działalność sportową długo nazywał „hobby”. Nie pobierał pensji, bo nie musiał. Miał firmę, nieźle zarabiał.
Był urodzonym dyplomatą i prawdopodobnie także dlatego tak dobrze odnalazł się w ruchu olimpijskim. Niewielu Polaków umie wydeptywać sobie ścieżki we władzach organizacji sportowych. On tymczasem jako 75-latek wciąż formalnie był członkiem Komitetu Wykonawczego Stowarzyszenia Europejskich Komitetów Olimpijskich (EOC) oraz zarządu Światowej Agencji Antydopingowej (WADA).