[b]Rz: Wie pan, że w Polsce największą oglądalnością podczas igrzysk w Pekinie cieszyła się rywalizacja sztangistów w kategorii 94 kg? Prawie 5 milionów ludzi obejrzało pana pojedynek z Szymonem Kołeckim o złoty medal...[/b]
[b]Ilia Ilin:[/b] Miło to słyszeć, bo u nas było podobnie. W moim kraju podnoszenie ciężarów cieszy się ogromną popularnością. Bijemy na głowę piłkarzy, wygrywamy rywalizację z bokserami. Dwukrotnie wybierano mnie na najlepszego sportowca Kazachstanu, nieskromnie powiem, że teraz też mam szanse.
[b]Gdyby w Pekinie Kołecki podrzucił 228 kg, to on byłby mistrzem. O czym pan myślał, gdy Polak podchodził do sztangi?[/b]
Byłem spokojny, bo wiedziałem, że zrobiłem, co mogłem, i nie mam już żadnego wpływu na to, co się stanie. Myślałem więc mniej więcej tak: Jak podniesie, to dobrze, zasłuży na złoto, a ja będę miał srebrny medal. Jeśli mu się nie uda, będę mistrzem. Ale nie życzyłem mu źle, za bardzo go szanuję.
[b]Liczył pan na złoty medal?[/b]
Przygotowałem się do igrzysk bardzo solidnie, podnosiłem ciężary, które pozwalały mi wierzyć, że wygram. Dwukrotnie podrzuciłem 233 kg (więcej od rekordu świata – 232 kg – należącego do Kołeckiego), miałem nad głową 190 kg w rwaniu, ale sztanga poleciała za plecy.
[wyimek]Otrzymałem order państwowy „Za męstwo”, który daje mi prawo do dożywotniej emerytury[/wyimek]
To wynik o 2 kg lepszy od rekordu należącego do trzykrotnego mistrza olimpijskiego Greka Akakiosa Kakashvilisa. Czułem się bardzo mocny.
[b]Kogo się pan obawiał?[/b]
Tylko kontuzji, która mogła zniweczyć moją wielomiesięczną pracę. Wiedziałem, że groźni będą Kołecki, Azer Nizami Paszajew i dwaj Rosjanie.
[b]W Pekinie już po rwaniu chyba nie był pan tak pewny siebie. Z trzeciego boju pan zrezygnował, a kontuzja wyglądała na groźną...[/b]
Byłem przerażony. Popełniłem prosty błąd techniczny i niewiele brakowało do wyłamania stawu łokciowego. Na szczęście na strachu się skończyło. Lekarze złagodzili ból i mogłem przystąpić do walki o medal. Miałem świadomość, że Kołecki, który jest mistrzem podrzutu, zrobi wszystko, by mnie pokonać. Pozostali nie byli tak groźni. Gdy Gruzin Arsen Kasabijew kazał w trzecim podejściu założyć na sztangę 231 kg, tylko się uśmiechnąłem. Nie był w stanie tego podnieść.
[b]Jak witano pana w Kazachstanie?[/b]
Z honorami, po królewsku.
[b]A premie za złoto były wysokie?[/b]
Dostałem w sumie milion dolarów. Do tego dochodzi order państwowy „Za męstwo”, który daje mi prawo do dożywotniej emerytury.
[b]Co pan zrobi z tymi pieniędzmi?[/b]
Zakładam szkoły imienia Ilii Ilina, gdzie będziemy uczyć młodych ludzi podnoszenia ciężarów. Mam też wiele innych pomysłów, których nie chcę teraz zdradzać. Powiem tylko, że marzy mi się mała kafejka, w której spotykać się będą nie tylko ludzie sportu.
[b]Ma pan dopiero 20 lat i już tyle sukcesów na koncie. Nie znudziło się panu wygrywać?[/b]
Chcę dźwigać jeszcze wiele lat. W przyszłym sezonie zamierzam pobić rekord Kołeckiego, później rozprawię się z rekordem w rwaniu.
[b]Kiedy pierwszy raz poszedł pan na trening?[/b]
Dzięki bratu, gdy miałem sześć lat. Dwa lata później rozpocząłem zajęcia ze sztangą.
[b]Inne sporty nie wchodziły w grę?[/b]
Trenerzy, z którymi pracowałem, twierdzili, że byłbym równie dobrym zapaśnikiem czy bokserem, ale nie sprawdzałem, czy mają rację. Ciężary pochłonęły mnie całkowicie.
[b]Ciężko pan trenuje?[/b]
Do igrzysk w Pekinie przygotowywałem się tak intensywnie jak nigdy wcześniej. Osiem miesięcy nie wychodziłem z sali. Trenowałem osiem godzin dziennie. Spałem, jadłem i dźwigałem ciężary. Nic więcej, ale warto było.
[b]Po wykryciu nowego rodzaju dopingu Międzynarodowa Agencja Antydopingowa (WADA) postanowiła ponownie przebadać 5 tysięcy próbek pobranych na igrzyskach w Pekinie. Nie obawia się pan skutków tej decyzji?[/b]
Byłem badany w życiu już tyle razy, że przestałem na to zwracać uwagę. Podczas igrzysk też budzono mnie wczesnym rankiem, by pobrać krew. Niczego nie znaleziono. Te badania, o których pan mówi, dotyczą erytropoetyny, a EPO z ciężarami nie ma nic wspólnego.