22 września zapowiadano jako święto polskiego żużla. W rewanżowym meczu finałowym Enea Ekstraligi Stelmet Falubaz miał zmierzyć się z Unibaksem. Zielona Góra żyła tym spotkaniem od wielu dni – miasto tonęło w żółto-biało-zielonych flagach. Kibice stali w kolejkach po bilety po kilka godzin. Aby skrócić i umilić sobie czas oczekiwania, dyskutowali o wszystkich możliwych scenariuszach. Czy Falubaz zdoła odrobić trzypunktową stratę do Unibaksu (w pierwszym meczu było 46:43 dla drużyny z Torunia)? Który junior zdobędzie więcej punktów, Dudek czy Przedpełski? Czy Jarosław Hampel potwierdzi, że jest obecnie najlepszym polskim żużlowcem a czas Tomasza Golloba minął? Gdy sympatycy w końcu kupili upragniony bilet, odliczali do meczu nie godziny, nie minuty, ale sekundy. Atmosfera panująca w Zielonej Górze mówiła tylko jedno – 22 września o 18.45 stanie się coś bardzo ważnego.
Kiedy w końcu nadeszła długo wyczekiwana niedziela, w każdym zdaniu wypowiadanym przez mieszkańców miasta padały słowa „żużel", „złoty medal", „mistrzostwo". To miał być najpiękniejszy dzień w roku. Ale chyba żaden z kibiców nie spodziewał się tego, co nastąpiło.
Całe zamieszania zaczęło się w sobotę. W Grand Prix Skandynawii w Sztokholmie Brytyjczyk Tai Woffinden wjechał w tylne koło motocykla lidera Unibaksu Tomasza Golloba. Polak upadł na tor, stracił przytomność i został odwieziony do szpitala. Tam okazało się, że ma pęknięty siódmy krąg szyjny, co oznaczało koniec występów w sezonie. Toruński zespół wcześniej stracił innego czołowego zawodnika. W lipcu poważnemu wypadkowi uległ Chris Holder, który w tym roku też nie pojawi się na torze. Dlatego w niedzielę, kilka godzin przed meczem menedżer drużyny z Torunia Sławomir Kryjom poprosił o jego przełożenie. Falubaz się nie zgodził. Szczęścia próbował także właściciel Unibaksu Roman Karkosik, ale i on niczego nie wskórał. Dlatego władze klubu podjęły decyzję, że ich żużlowcy spakują sprzęt i wrócą do domu.
Stelmet Falubaz wygrał 40:0 dzięki walkowerowi i został mistrzem Polski. Zawodnicy przejechali odkrytym autokarem ulicami miasta, była feta, chóralne śpiewy i zabawa do późna. Ale zawodnicy i kibice zgodnie twierdzą, że złoto zdobyte w taki sposób nie smakuje dobrze. Unibax czeka surowa kara. Na pewno klub będzie musiał zapłacić 250 tysięcy złotych kary (200 tys. zł Falubazowi i 50 tys. zł Ekstralidze Żużlowej). Ale to nie koniec sankcji. Jak stwierdził Andrzej Witkowski, prezes Polskiego Związku Motorowego, „katalog kar jest duży". Na klub z Torunia może zostać nałożona grzywna nawet dwóch milionów złotych. Falubaz domaga się miliona złotych odszkodowania za brak wpływów z biletów. Pieniędzy domaga się także platforma nc+, która miała transmitować finał. Unibax może zostać ukarany także punktami ujemnymi w przyszłym sezonie lub degradacją do niższej klasy rozgrywkowej. To rozwiązanie jest jednak o tyle wątpliwe, że dotknęłoby przede wszystkim kibiców, a nie działaczy, którzy zdecydowali o zrezygnowaniu ze startu. Komisja Orzekająca Ligi spotka się w najbliższą sobotę i rozstrzygnie o losie toruńskiego zespołu.
Lecz historia finału, który się nie odbył, nie zakończyła się w niedzielę. Szefowie Unibaksu znaleźli się w ogniu krytyki – ich decyzja wywołała wściekłość zawodników, kibiców i sponsorów. Dlatego postanowili udowodnić, że podjęli słuszną decyzję. Najpierw na oficjalnej stronie internetowej drużyny pojawiła się informacja, że trudno byłoby skompletować skład, który przekroczyłby dolny limit KSM (kalkulowana średnia meczowa punktów). Wiadomość dość szybko znikła. Być może ktoś zrozumiał, że takie stwierdzenia jedynie narażają klub na śmieszność. Potem menedżer Sławomir Kryjom i prezes Mateusz Kurzawski zwołali konferencję prasową, na której chcieli umotywować swoje decyzje. Ale szefowie Unibaksu jeszcze bardziej się pogrążyli. Zarzekali się, że kierował nimi duch fair play, bo w finale obie drużyny powinny wystawić najsilniejsze składy.