Wydawało się, że proletariackie korzenie futbolu zostały zapomniane, że bezpowrotnie stał się on gałęzią rozrywkowego biznesu, a liczone w dziesiątkach milionów euro transfery, premie i pensje oderwały ten sport od zwykłych ludzi. Tymczasem w obliczu europejskiego kryzysu uchodźców futbol pokazał ludzkie oblicze.
Piłka nożna była od zawsze związana z emigrantami – ekonomicznymi i politycznymi. Zdobywca Złotej Piłki w 1958 roku, trzykrotny triumfator Pucharu Mistrzów z Realem Madryt Raymond Kopa urodził się – jako Kopaszewski – w rodzinie polskich górników, którzy do Francji wyemigrowali na początku wieku.
Nie trzeba zresztą sięgać tak daleko – Zlatan Ibrahimović to potomek uchodźców z Bośni, którzy uciekając przed wojną domową w Jugosławii, osiedlili się w szwedzkim Malmoe. Jego pierwszy klub Balkan FC do dziś istnieje, gra w czwartej lidze szwedzkiej, w herbie ma flagi Jugosławii i Szwecji. Został założony, by integrować bałkańską społeczność w Skandynawii.
Pierwsi byli kibice. Gdy kryzys się rozpoczął, w Niemczech na niemal wszystkich stadionach Bundesligi pojawiły się transparenty o treści „Refugees Welcome". Borussia Dortmund zaprosiła 220 syryjskich uchodźców na mecz Ligi Europejskiej z norweskim Odds Ballklubb. Bayern zapowiedział, że przeznaczy nieco ponad milion euro na pomoc tym, którzy trafią do Monachium, a także uruchomi specjalny obóz treningowy. Dzieci uchodźców bezpłatnie będą mogły grać i trenować pod okiem szkoleniowców z akademii Bayernu. Zapewnione mają posiłki oraz lekcje niemieckiego.
– W Bayernie postrzegamy to jako nasz społeczny obowiązek – mówił prezydent klubu Karl-Heinz Rummeningge. – Musimy ulżyć tym uciekającym przed cierpieniem i wojną ludziom, pomóc im w asymilacji w Niemczech.