Chelsea może zagrać w półfinale, choć pierwszy raz, od kiedy zaczęła żyć na koszt Romana Abramowicza, spisano ją na straty. Guus Hiddink łączy pracę w tym klubie z prowadzeniem reprezentacji Rosji i wygląda, jakby nie przejmował się swoją rolą. Nie musi niczego udowadniać, a drużynie wychodzi to na dobre.
Nie wiadomo, czy zostanie na Stamford Bridge w przyszłym sezonie, co jednak zamiast rozluźniać piłkarzy, mobilizuje ich. Chelsea za Hiddinka przegrała tylko raz, w lidze.
Rafael Benitez po efektownym wyeliminowaniu Realu Madryt w 1/8 finału podpisał z Liverpoolem nowy kontrakt i zarabia już tyle samo co Alex Ferguson w Manchesterze. Musi potwierdzać, że jest tyle wart.
[srodtytul]Ostrzeżenie Torresa[/srodtytul]
Tydzień temu Chelsea pokonała Liverpool 3:1, i to na boisku przeciwnika. Dwa gole strzelił Branislav Ivanović wystawiony na prawej obronie za Jose Bosingwę. Ivanovicia nikt nie znał, a okazało się, że podobnie jak Nemanja Vidić z Manchesteru United potrafi robić użytek ze swoich warunków fizycznych przy rzutach rożnych.
W weekend w Premiership pierwszy grał Liverpool i wyglądało to tak, jakby z wpadki w środku tygodnia nic sobie nie robił. Wygrał 4:0 z Blackburn, a dwa gole strzelił Fernando Torres. Hiszpan mówił kilka dni temu, że dla niego ważniejsze są sukcesy w Europie niż na Wyspach, ale w meczu ligowym wysłał sygnał do obrońców Chelsea, że wtorkowy wieczór będzie dla nich bardzo ciężki.
Chelsea chciała zrobić to samo co Liverpool i ze swoim rywalem w Premiership także prowadziła 4:0. Bolton zdobył jednak trzy bramki, a Hiddink dostał ostrzeżenie: jeśli taka dekoncentracja pojawi się dzisiaj na Stamford Bridge, Liverpool ją wykorzysta.
W pierwszym ćwierćfinale zupełnie niewidoczny był Steven Gerrard, a to piłkarz, który kocha takie wyzwania jak wygranie przegranego meczu.
Zamiast pokazywać Jerzego Dudka broniącego rzuty karne w finale LM w Stambule w 2005 roku, lepiej pokazać Gerrarda wychodzącego z szatni po przerwie. Milan prowadził 3:0, piłkarze Liverpoolu mieli spuszczone głowy, Gerrard podbiegł najpierw do kibiców i poprosił o doping, później krzyczał na swoich kolegów, a sam biegał za trzech. Na pewno to samo zrobi dziś w Londynie – jeśli zagra, bo narzeka na ból w pachwinie i w weekend odpoczywał.
Chelsea nigdy nie przegrała dwumeczu, grając rewanż u siebie, od 16 meczów Ligi Mistrzów na własnym boisku jest niepokonana. Liverpool w 75 meczach na Stamford Bridge tylko dwa razy osiągnął rezultat, który dzisiaj dawałby mu awans do półfinału. W tym sezonie wygrał jednak w Londynie, przerywając trwającą 86 spotkań passę Chelsea bez porażki.
[srodtytul]Dyrygent na trybunach[/srodtytul]
W drugim dzisiejszym meczu emocje będą mniejsze, bo jeszcze nigdy w historii Ligi Mistrzów drużynie, która pierwsze spotkanie przegrała 0:4, nie udało się odrobić strat. Nie ma zresztą najmniejszych powodów, dla których warto byłoby wierzyć, że tak stanie się dzisiaj w Monachium. Bayern w Barcelonie nie przegrał aż 0:4, ale tylko 0:4. O tym, że miał szczęście, wie sam Jürgen Klinsmann, który w rewanżu nie chce walczyć o awans, ale liczy na skromne zwycięstwo, by uniknąć kompromitacji.
W sobotę Barcelona wygrała z Recreativo Huelva 2:0 po kontrowersyjnych decyzjach sędziów. Wściekły Bayern upokorzył Eintracht Frankfurt, wygrywając 4:0. Dziwne, że jeszcze przed rewanżem z Barceloną tajemnice szatni zdradził Marc van Bommel: – Franck chce grać w Barcelonie – powiedział w radiowej rozmowie o Riberym.
Josep Guardiola będzie dyrygował swoją orkiestrą z trybun, bo w pierwszym meczu za głośno krytykował sędziów. Nie zagra Rafael Marquez, który sprytnie postarał się o żółtą kartkę, żeby wyczyścić swoje konto przed półfinałami. Nie wiadomo, czy Guardiola zaryzykuje wystawienie Leo Messiego. Dla niego kolejna żółta kartka to duży problem – może nie zagrać w meczach o najwyższą stawkę.
[i]Masz pytanie, wyślij e-mail do autora:
[mailto=m.kolodziejczyk@rp.pl]m.kolodziejczyk@rp.pl[/mail][/i]