To dopiero pierwszy przegrany mecz przez któregoś z trójki gospodarzy na tym mundialu. Amerykanie i Meksykanie odnieśli dotąd po dwa zwycięstwa.
Dla Kanadyjczyków, choć takim bilansem pochwalić się nie mogą, jest to i tak turniej przełomowy. Najpierw zdobyli pierwszy punkt w historii swoich mundialowych występów (1:1 z Bośnią i Hercegowiną), później odnieśli pierwsze zwycięstwo (6:0 nad Katarem), aż wreszcie po raz pierwszy awansowali do fazy pucharowej.
Mundial. Kanadyjczyków motywował nawet Steve Nash
Niewiele brakowało, by wygrali również grupę. Gwarantował im to remis ze Szwajcarią. Trener Jesse Marsch kazał swoim piłkarzom walczyć o zwycięstwo i nie kalkulować. Poprosił także o pomoc Steve'a Nasha. Były gwiazdor NBA zwrócił się do drużyny ze specjalnym przesłaniem. To miała być dodatkowa motywacja.
– Kiedy objąłem funkcję selekcjonera i zapoznałem się z formatem turnieju, pomyślałem: okej, mamy jasny cel, chcemy wygrać grupę. Dwa lata temu wszyscy sądzili, że zwariowałem – opowiadał Marsch.
Choć ostatecznie pierwszego miejsca Kanadyjczycy nie zajęli i zostali pozbawieni atutu w postaci własnej publiczności w Vancouver, nikt rozpaczać nie będzie. Szwajcaria okazała się po prostu za silna.
Decydujący był pierwszy kwadrans drugiej połowy. Zaraz po powrocie z szatni trafił Ruben Vargas, a później trzeciego gola w turnieju strzelił Johan Manzambi. Gospodarze odpowiedzieli bramką Promise'a Davida, który chwilę wcześniej pojawił się na murawie, i w końcówce wróciły jeszcze emocje, choć szczęśliwego finału nie było.
Kanadyjczycy pojadą teraz do Los Angeles, by już w niedzielę zmierzyć się z wicemistrzem grupy A (ktoś z grona: Korea Południowa, Czechy lub RPA). Szwajcarzy odpoczynku będą mieć więcej, bo ponad tydzień. Swój mecz 1/16 finału w Vancouver rozegrają dopiero 2 lipca, a ich przeciwnikiem będzie jeden z zespołów, który zajmie trzecie miejsce.