Holendrzy tylko na początku meczu mieli pecha. Pomocnik Teun Koopmeiners tak nieszczęśliwie zderzył się z Karolem Linettym, że musiał opuścić boisko. Trudno powiedzieć jak Holandia grałaby z Koopmeinersem, ale i bez niego robiła to, co umie najlepiej. Bo gra zgodnie z wypracowanym systemem, w którym nagły brał jednego zawodnika niczego nie zmienia.
Przez całą pierwszą połowę można było odnieść wrażenie, że Holendrzy grają do przodu, a Polacy do tyłu, bo w środku boiska nikt im nie przeszkadza. Holendrzy budowali swoje akcje od obrony, skąd piłka za każdym razem trafiała do Frenkie de Jonga. A on odpowiednim podaniem uruchamiał partnerów na skrzydłach lub prostopadłym podaniem. W pierwszej połowie tylko raz stracił piłkę.