Przez ostatnie sezony jedyną ligą w której można było regularnie oglądać polskie gole, była Ligue 1, tylko za sprawą Ireneusza Jelenia. Teraz być może wróci u nas moda na Bundesligę, bo Borussia Dortmund przebiła nawet Auxerre z dwoma Polakami w drużynie i postanowiła zatrudnić aż trzech.
Pewny miejsca w składzie przed niedzielnym meczem z jednym z faworytów tego sezonu Bayerem Leverkusen (transmisja od 17.30 w Eurosporcie 2, który ma w Polsce wyłączność na pokazywanie Bundesligi) jest tylko Jakub Błaszczykowski. Sprowadzony okazyjnie ze zdegradowanej Herthy Łukasz Piszczek leczył się zbyt długo, by liczyć na miejsce w składzie, a Robert Lewandowski mimo tylu ciepłych słów, które o sobie usłyszał po transferze z Lecha, może zacząć spotkanie na ławce.
Kiedyś takim polskim klubem był Wolfsburg z nieżyjącym już Krzysztofem Nowakiem, z Andrzejem Juskowiakiem i Waldemarem Krygerem, ale wtedy traktowaliśmy to jako ciekawostkę. A dziś Borussia to jedna z ostatnich szalup, dzięki którym polski futbol nie znika Europie z oczu.
Ale nie tylko dlatego warto się Bundeslidze przyglądać. To wyjątkowy w Europie przykład mądrego zarządzania futbolem, choć i tu problemów nie uniknęli. Kodowana telewizja Sky, która pokazuje Bundesligę, jest zagrożona upadłością, jej pomysł na podbicie niemieckiego rynku się nie sprawdził, ale z umowy z Bundesligą na razie się wywiązuje i płaci na czas.
Sezon zaczyna się dziś o 20.30 w Monachium meczem dwóch ostatnich mistrzów, Bayernu z VfL Wolfsburg (transmisja w Eurosporcie 2). To dwa skrajne przykłady z letniego okna transferowego. Wolfsburg z nowym trenerem, sprowadzonym z Twente Enschede Stevem McClarenem, wydał na transfery najwięcej w lidze, ponad 22 mln euro. Zamierzał zapłacić jeszcze więcej, ale nie udało mu się ściągnąć Diego z Juventusu.